Sześć twarzy – Deotymy | Biblioteka Vintage – transkrypcja

Zapraszamy do wysłuchania podcastu Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej im. Komisji Edukacji Narodowej w Warszawie. Dzień dobry, tu Katarzyna Majchrzak.

Witajcie w Bibliotece Vintage. Dziś opowiem Wam o kobiecie, z którą wiązano ogromne nadzieje. Miała zostać wieszczką narodową, następczynią Mickiewicza, a została prawie zupełnie zapomniana.

Poznajmy sześć twarzy Jadwigi Łuszczewskiej, zwanej pod pseudonimem Deotyma. Twarz pierwsza – cudowne dziecko. Urodzona w 1834 roku Jadwiga Łuszczewska, córka Wacława Józefa Łuszczewskiego, radcy stanu Królestwa Polskiego oraz jego żony Magdaleny, zwanej Niną.

Pani Nina była piękna, próżna i ambitna. Dziś pewnie zostałaby influencerką. To z jej inicjatywy Łuszczewscy zaczęli prowadzić w latach 30.

XIX wieku spotkania literacko-artystyczne w swoich kolejnych warszawskich mieszkaniach. Przy Nowym Świecie, w Pałacu Sapiehów, a wreszcie w Pałacu Saskim. W krótkim czasie poniedziałkowe spotkania w Żółtym Salonie Łuszczewskich urosły do rangi najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Warszawie.

Bywali tam tacy artyści jak Stanisław Moniuszko, Narcyza Żmichowska, Teofil, Lenartowicz, Maria Kalergis czy Cyprian Kamil Norwid. Jeśli chciałeś liczyć się w towarzystwie, musiałeś bywać u Łuszczewskich. W tym samym czasie przyszła na świat Jadwiga.

Rodzice mieli co do niej ogromne oczekiwania i postanowili kształcić ją samodzielnie. Wacław uczył historii, geografii i arytmetyki, a pani Nina religii, poezji i filozofii. Okazjonalnie tej edukacji domowej pomagali przyjaciele.

Ponadto matka podsuwała jej od najmłodszych lat ambitne lektury i zabraniała kontaktów z innymi dziećmi, aby mając kontakt wyłącznie z dorosłymi szybciej dojrzała. Latem Łuszczewscy odbywali podróże po Polsce, które miały dzieciom przybliżyć dzieje naszego kraju. W wieku dziewięciu lat, pod wrażeniem wizyty w Krakowie i Wiedniu, Jadwiga napisała swój pierwszy utwór poetycki.

Niedługo później wraz z siostrą Kazimierą prowadziła rękopiśmienny miesięcznik Pszczółka, do którego pisywali również starsi znajomi i krewni. Wkrótce Jadwiga zaczęła uczestniczyć w spotkaniach literackich w salonie rodziców. W czerwcu 1845 roku odbył się jej pierwszy publiczny występ.

Jedenastoletnia Jadwinia, ubrana w strój krakowski, deklamowała wiersz. Twarz druga. Improwizatorka.

Pani Nina ciągle szukała nowych atrakcji do swojego salonu literackiego. Okazało się, że największą atrakcję ma we własnym domu. Jadwinia najpierw przyznała się ojcu do układania poetyckich opowieści.

Potem dowiedziała się matka. I tak postanowiono, że panienka zaprezentuje się przed większym gronem. 17 maja 1852 roku goście w salonie Łuszczewskich poprosili, by Jadwinia zaimprowizowała poezję.

Wyobraźmy sobie Warszawę tamtego czasu. Salon w Pałacu Saskim pęka w szwach. Wśród gości śmietanka intelektualna stolicy.

Takie sławy jak Moniuszko, Norwid. Jednak uwaga wszystkich jest skupiona na dziewczynie w białej sukni. Ubranej jak grecka kapłanka.

Dziewczyna zamyka oczy i zaczyna mówić wierszem. Bez kartki, bez przygotowania. Prosto z serca.

Za temat tej pierwszej improwizacji goście podsunęli jej właśnie improwizację. Można by ten występ porównać do współczesnego freestylu. Gdy na przykład raper tworzy tekst na gorąco na temat podany przez publiczność.

Matka wymyśliła dla Jadwigi pseudonim Deotyma. Później w swoim pamiętniku Jadwiga wspominała, że pseudonim wcale jej nie pasował, ale zgodziła się na niego, bo była zawsze posłuszną córką. To również matka upozowała Deotymę w białą suknię podobną do tych, jakie nosiły antyczne wieszczki czy muzy.

Debiut wypadł znakomicie. Wieść o fenomenalnej improwizatorce, która układa utwory na zadany temat, również z towarzyszeniem akompaniamentu, rozeszła się błyskawicznie. Świadek występów Deotymy tak pisał.

Wierszy było około sześćdziesięciu. Nikt bowiem nie notował. Każda strofa była rozwinięciem jednej głównej myśli.

W wypowiedzeniu nie było deklamacji. Był to głos równy, nieco przytłumiony. Znać było, że wyrazy biegną do ust, wprost z ducha.

Deotyma wywoływała na słuchaczach ogromne wrażenie i zdobyła wielką sławę również poza Warszawą. Ludzie przyjeżdżający do stolicy z innych części kraju koniecznie musieli ją zobaczyć, bo odwiedzić Warszawę i nie zobaczyć Deotymy to było tak, jak odwiedzić Rzym i nie widzieć papieża. Pisarka i działaczka społeczna Bibiana Moraczewska tak pisała o Deotymie w swych wspomnieniach.

Postaci wcale niesmukłej, tłuściutka i szerokawa, wzrostu średniego, blondynka z grubawymi rysami. Dość ładna, białością płci i godnością rozlaną na twarzy. Głosem rzewnym, nieugiętym, jakby trochę podziemnym deklamowała.

Improwizuje bardzo powoli, ku końcowi dopiero miała głos pośpieszniejszy, jakby stała w śnie magnetycznym, bo oczy miała nieruchome, utkwione w jedno miejsce i usta zaledwie się poruszały, a twarz wyrazu nie zmieniała. Autorka tych wspomnień postrzegała Jadwigę jako zimną i niesympatyczną. U niektórych gości wystąpienia Deotymy budziły wręcz śmieszność.

Parodiowali ją i wyśmiewali. Obserwatorzy wyrażali też ubolewanie nad losem dziewczyny, dostrzegając szkodę, jaką wyrządzała jej matka, stojąca wiecznie u jej boku jak impresario. Byli zdania, że Nina kierowała się próżnością, zmuszając córkę do rezygnacji z życia osobistego, a poświęceniu się poezji.

Deotyma przyznawała, że wola matki była zawsze dla niej święta. Jednakże w rzeczywistości musiała odczuwać głęboki żal, skoro przed śmiercią poleciła by pochować ją w jednym grobie z ojcem, z dala od matki. Krytycy poezji Deotymy byli surowi.

Jak zauważył Juliusz Gomulicki, salon pani Niny stał się teraz świątynią sztuki. Ona sama zaś osobliwą kapłanką, ukazującą gościom Deotymę niby nową Sybillę. Z czasem ojciec Jadwigi zaczął spisywać jej występy, co zaowocowało wydanym w 1854 roku tomikiem „Improwizacje i Poezje”.

Tomik zilustrował Juliusz Kossak oraz Maksymilian Fajans. Oddaje to znakomicie ówczesną atmosferę wokół młodej wieszczki. Nawet Adam Mickiewicz miał powiedzieć o niej, to już stary poeta wtajemniczony w sztukę.

Jednak zdania o jej talencie były podzielone. Krążyły nawet satyryczne wierszyki, na przykład taki: „Deotyma się nadyma, zamiast kiecki ma strój greck”i. Twarz trzecia Autorka panienki z okienka W młodości wielu widziało w Deotymie przyszłą wieszczkę narodu, porównując ją do Mickiewicza.

Historia potoczyła się jednak inaczej. Dziś Jadwiga Łuszczewska jest pamiętana przede wszystkim jako autorka popularnej powieści historycznej dla młodzieży „Panienka z okienka”. W 1858 roku Jadwiga przyjechała do Gdańska.

Podczas pobytu postanowiła kupić pamiątki dla przyjaciół, gdańskie bursztyny. W domu jednego z bursztynników spotkała jego córkę, dziewczynę o jasnych bursztynowych włosach. Zapamiętała ją jako niezwykle piękną, niemal baśniową postać.

To spotkanie zainspirowało powieść, której akcja rozgrywa się w XVII-wiecznym Gdańsku. Panienka z okienka na trwale wpisała się w literacki obraz miasta, zwyciężając nawet w plebiscycie Fundacji Gdańskiej na najpopularniejszy utwór związany z Gdańskiem. Wyprzedzając „Blaszany bębenek” Gintera Grassa.

Po śmierci rodziców osamotniona Deotyma zorganizowała salon na wzór rodzicielskiego. Tym razem były to jednak nie poniedziałki, lecz literackie czwartki. Zebrani nazywali jej salon Królestwem Ideału lub Parnasem, a siebie Parnasistami.

Na spotkaniach obowiązywał uroczysty strój, frak i biały krawat, a gospodyni zawsze ukazywała się w bieli. Dziennikarz warszawski Antoni Zaleski tak pisał o tych spotkaniach. Typem salonu literackiego Warszawy były głośne w swoim czasie czwartki Deotymy.

Bywało tam mnóstwo osób z najrozmaitszych sfer. Literatura spotykała się z finansami i arystokracją. Wszystko, co miała Warszawa w jakimkolwiek kierunku wybitniejszego, przesuwało się przez ten salon, a świat modny i elegancki uważał za rzecz szyku bywać na tych czwartkach.

Na końcu długiej sali wisi portret wieszczki pędzla Simmlera. Pod portretem stał na podniesieniu tron poetycki, srebrną i złotą lamą przybrany. Gdy nadchodziła chwila czytania, wieszczka w otoczeniu dworu ukazywała się na sali.

Zasiadłszy na złotolitym tronie, zaczynała czytać. Dookoła uroczysta cisza. Wszyscy w błogim uniesieniu słuchali szmaragdowych wierszy poematu.

W okresie schyłkowym na czwartki przychodziło coraz mniej osób. W końcu zostali tylko najwierniejsi sympatycy, jak Artur Oppman czy Tadeusz Korzon. Dworacy się rozpierzchli.

Wszystko rozwiało się jak mgła. Twarz piąta Pionierka polskiej literatury fantastycznej Choć większość poezji Deotymy jest dziś dla współczesnego czytelnika niestrawna, w jej dorobku znajduje się prawdziwa perełka, jedna z pierwszych polskich powieści fantastycznych. „Zwierciadlana zagadka” z 1879 roku. Autorka zainspirowana naukami ścisłymi opisała historię wynalazcy, który posiadł umiejętność odczytywania przeszłości odbitej w lustrze.

Choć pomysł wydaje się wynalazcy wspaniały, pozwala bowiem podglądać damy czy sławnych ludzi, jednak przysparza on bohaterom wielu problemów. Książka stawia pytania o etykę nauki i granice prywatności, motywy zaskakująco nowoczesne jak na tamte czasy. Twarz szósta Niedoszła wieszczka narodowa Deotyma przez całe życie pracowała nad olbrzymim cyklem Polska w pieśni, złożonym z poematów takich jak Lech, Krakus czy Wanda.

Krótce zapomniano o jej wieszczym talencie. Dziś, z wyjątkiem historyków literatury, nie ma kogo kto pamięta o jej przydługich, patetycznych poematach. Kiedy w 1908 roku Warszawa żegnała Jadwigę Łuszczewską, na jej pogrzebie zjawiły się tłumy.

Żegnano ostatnią osobę, która pamiętała blask romantycznych salonów. Kobietę będącą żywym mostem między epoką Mickiewicza a światem tramwajów i elektryczności. Deotyma całe życie marzyła o wielkości, o eposach, które postawią ją na pomnikach.

Czas jednak bywa przewrotny. Jej potężne poematy pokrywa kurz, a jeżeli ją pamiętamy, to jako autorkę panienki z okienka. Może największą lekcją, jaką daje nam Deotyma jest to, że nie zawsze stajemy się tym, kim zaplanowali dla nas rodzice.

Czasem to, co robimy na marginesie, z czystej radości tworzenia, okazuje się najtrwalsze. Jeżeli jesteście ciekawi, jak brzmiały słynne improwizacje Deotymy, możecie je znaleźć w serwisie Polona. Wydane w 1854 roku „Improwizacyje i poezyje” oficjalny debiut 20-letniej artystki z ilustracjami Juliusza Kossaka.

A dziś już dziękuję za spotkanie w Bibliotece Vintage. To było Sześć twarzy Deotymy.

Polityka cookies i prywatności

Strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celu niezbędnym do prawidłowego działania serwisu, dostosowania strony do indywidualnych preferencji użytkownika oraz statystyk. Wyłączenie zapisywania plików cookies jest możliwe w ustawieniach każdej przeglądarki internetowej, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Jeżeli nie wyrażasz zgody na zapisywanie informacji w plikach cookies należy opuścić stronę.

Zaznacz cookies, które akceptujesz:
Powrót