Zapraszamy do wysłuchania podcastu Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej im. Komisji Edukacji Narodowej w Warszawie.
Kasia: Dzień dobry Szanowni Państwo. Przed nami wyjątkowy Bibliowywiadu na Gocławskiej. Wyjątkowy nie tylko z racji odcinków jubileuszowych z okazji 80-lecia istnienia Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej im. Komisji Edukacji Narodowej w Warszawie. Wyjątkowy również z racji gościa, który tutaj siedzi przede mną. Nie mogło być inaczej, nie mogło takiego gościa zabraknąć w Bibliowymwywiadzie na Gocławskiej. Przed nami wieloletni dyrektor Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej im. Komisji Edukacji Narodowej, pan Robert Miszczuk. Dzień dobry, panie Robercie.
Robert: Witam, witam Państwa, witam Ciebie, Kasiu. Dziękuję za ten wstęp, ale będę miał tremę jeszcze większą.
Kasia: Ale absolutnie proszę nie mieć tremy, panie Robercie. To jest dla mnie ogromny zaszczyt, że pan zgodził się przyjechać i porozmawiać ze mną na temat swojej pracy w bibliotece, bo ile lat pan przepracował tutaj?
Robert: Powiem Ci szczerze, że nie pamiętam. W zasadzie całe swoje życie zawodowe niechcący poświęciłem bibliotekarstwu. Mówię niechcący, bo bym skłamał, że urodziłem się jako dziecko i marzyłem o tym, żeby pracować w bibliotece. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Byłem normalnym dzieckiem, które biegało, kopało w piłkę, nie umiało czytać i pisać, a na widok pani bibliotekarki szkolnej dostawało tremę, a jak musiałem przeczytać głośno czytankę w szkole podstawowej, to pewnie do dzisiaj koledzy boki zrywają i umierają ze śmiechu, a ja do dzisiaj głośno nic nie czytam, bo taką mam tremę. Czyli krótko mówiąc, nie marzyłem o bibliotekach, ale z domu wyniosłem inną znowu zasadę, że gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. W związku z tym, jak się trafiło, że trafiłem do szkoły bibliotekarskiej wyższej, to już się później jakoś w te bibliotekarstwo zaangażowałem i utopiłem. Przypadkiem niechcący od razu powiem, że brat starszy był też bibliotekarzem niechcącym.
Kasia: Też niechcącym?
Robert: Chyba niechcący, ale był, czyli już był przede mną. Moja żona też była bibliotekarką i córka też bibliotekarką, więc jakoś tak to się nam poukładało.
Kasia: Ale wszyscy niechcący, czy to już później zobaczyli tę pasję?
Robert: Trzeba byłoby chyba ich pytać bardziej.
Kasia: OK
Robert: Myślę, że brat bardziej niechcący. Myślę, że jego pasją to była twórczość, malarstwo, aktorstwo czy coś takiego, a do biblioteki trafił, bo znowuż takie się trafiły studia i potem trafił do pracy. Ale podobnie jak ja, po prostu jak coś robił, to się starał robić jak najlepiej. Do mnie to od razu dodam, bo pewnie niektórym to wyjaśnię.Ja byłem od dziecka harcerzem, w związku z tym niestety jest to taka niemiła cecha, że ci harcerze się bardzo angażują w różne rzeczy. W związku z tym byłem od zucha po komendanta szczepu, prowadziłem obozy i inne rzeczy. W związku z tym dla mnie, jak się czymś zajmowałem, to się starałem na poważnie tym zajmować.
Kasia: Harcerstwo kojarzy mi się z takim społecznym działaniem, wspólnotą, współpracą. Rozumiem, że to przełożyło się na pana pracę, później w bibliotece.
Robert: Dokładnie, chyba to się nawet przełożyło na całe moje życie. Jak już później byłem bardzo dorosły, to wielu złośliwie na boku o mnie mówiło „To ten harcerzyk, co idzie”. I w zasadzie to charakteryzuje wszystko, że normalni ludzie postąpiliby inaczej, a harcerzyki postępują inaczej.
Kasia: Panie Robercie, to ile lat, tak mniej więcej, przepracował pan w bibliotece? Ile lat był pan tutaj dyrektorem? To już chyba cyfry…
Robert: Dyrektorem na pewno byłem od 1992 roku do 2006. No to to trzeba byłoby policzyć. A w bibliotekarstwie to tak jak mówię, zaczęło się niestety na studiach, czyli po skończeniu szkoły średniej dostałem się do Instytutu Bibliotekoznawstwa. Na początku nie pasjonował mnie ten kierunek i na pierwszych dwóch latach chyba kilka egzaminów trzeba było powtórzyć, ale na trzecim i czwartym roku pojawiła się już specjalizacja bibliotek szkolnych i pedagogicznych. Tam oprócz zwykłych, zawodowych przedmiotów bibliotekarskich pojawiła się psychologia, pedagogika, elementy resocjalizacji. Wszystko to mi bardzo odpowiadało i stopniowo się zaangażowałem. Tutaj oczywiście jest okazja, więc wspominam swoich nauczycieli, którzy byli świetnie, czyli pani doktor Niemczykowa, która tą specjalizację założyła i umiała tak z nami pracować w sposób twórczy, że w gruncie rzeczy chyba cała grupa, a byliśmy pierwszą, taką eksperymentalną, bardzo się zaangażowała. Oprócz tego pracował z nami już jej absolwent, czyli przyszły prof. Marcin Drzewiecki i pani prof. Zybert, no i pewnie wielu, wielu innych, ale w tej specjalizacji te trzy nazwiska trzeba byłoby wymienić. Nie była mi obca oczywiście też pani dr Adrzejewska, która w tym samym momencie powołała specjalizację Bibliotek Szkolnych i Pedagogicznych we Wrocławiu. No nie była obca więcej, dlatego, bo trochę żeśmy konkurowali, czyli Warszawa w swoich teoriach i praktykach konkurowała ze Szkołą Wrocławską, no i tak nam na długo zostało.
Kasia: Dobrze, a wróćmy do początków pracy w Bibliotece Pedagogicznej, bo dyrektorem pan był od 1992 roku, a pracę w pedagogicznej rozpoczął?
Robert: Też, razem od dyrektora. Ja Ci dlatego szybciutko opowiem.
Kasia: OK, no to słucham.
Robert: To już się po prostu tak stało. Na tych nieszczęsnych studiach, co się rozgadałem, a nie skończyłem, po prostu żeśmy praktyczne eksperymenty prowadzili, czyli pani dr Niemczykowa próbowała zrealizować i zbadać przy sposobie niebibliotecznej przygotowanie uczniów do korzystania z książki, z bibliotek.
Kasia: OK
Robert: I każdy z nas jako z tych studentów miał swój temat, swoje zajęcia, prowadziliśmy lekcje w szkołach, spotykaliśmy się z nauczycielami, bibliotekarzami, prowadziliśmy badania, wiesz, jaka jest efektywność tego, czy to ma sens, czy nie, jakie tematy uwzględnić. I to już w zasadzie zacząłem przez te dwa lata razem z kolegami na studiach.
Kasia: OK
Robert: Po skończeniu studiów pani Niemczykowa pchnęła mnie, stety i niestety do Instytutu Programów Szkolnych przy Ministerstwie Edukacji Narodowej i tam właśnie dostałem m.in. działkę związaną z bibliotekami szkolnymi, pedagogicznymi i z przysposobieniem czytelniczym. Także niechcący jestem redaktorem, autorem i współautorem tych wszystkich programów z przysposobienia czytelniczego, które w tym okresie w latach 80. się ukazały i programu informacji naukowej z elementami naukoznawstwa, czyli krótko mówiąc, pierwszy okres czasu poświęciłem temu.
Byłem młodym człowiekiem, w związku z czym często mi zadawano pytania. Ach, ty tak, Robert, wiesz, się wymądrzasz, to w praktyce nie da się zrobić. W związku z tym, no po pierwsze, spróbowałem pracować w szkołach, więc pracowałem w szkole 212, która była szkołą eksperymentalną Instytutu i tam próbowałem te lekcje i zajęcia prowadzić i wychodzić wolno, więc się nie przejmuję.
A potem po pracy w Instytucie Programów Szkolnych, jak to harcerzyk ma, no zachciało mi się, była taka okazja i zaproponowano mi przejście do Instytutu Bibliotekoznawstwa na Uniwersytet Warszawski, żeby po prostu studentów uczyć, jak te zajęcia w szkołach prowadzić, jak organizować biblioteki szkolne i trafiłem do Instytutu Bibliotekoznawstwa na kolejnych parę lat, no i tu na uniwersytecie spotkał mnie właśnie ten okres przemian społeczno-politycznych i tu nastąpiło następne harcerzykowanie, czyli kryzys. Społecznie zmieniło się nam wspaniale, wszyscy byli wolni, biegaliśmy, książki leżały na ulicach, więc bibliotekarze i księgarze, no po prostu szczęśliwsi nie mogli być, bo całe ulice warszawskie były pokryte, prawda, straganami z książkami, wszyscy biegali i kupowali literaturę podziemną na lewo i na prawo, więc pod tym względem był okres wspaniały, ale pod drugim względem był straszny, ponieważ brakowało nam wszystko pieniędzy. Rozpoczęła się olbrzymia walka z komuną i między innymi padły słowa, już nie powiem, której dyrektorki, którego liceum, która powiedziała, że nie może się rozwijać, ponieważ jest w jednym budynku z Pedagogiczną Biblioteką Wojewódzką, a to taka postkomunistyczna instytucja, zawiera nic niewartościowe, nic książki komunistyczne.
Kasia: Takie były opinie?
Robert: Taka była opinia części ludzi. W każdym razie wygłaszana publicznie w telewizji i w radiu, w związku z tym źle mówiono z jednej strony w środowisku oświatowym o bibliotekach.
Kasia: A to jest bardzo ciekawe…
Robert: Ale prawdziwe niestety, dlatego mówiłem, że moje wspomnienia są na tyle przyjemne, co i smutne z jednej strony. Z drugiej strony trudno było te biblioteki i szkolne, i pedagogiczne trochę wybronić z tego powodu, że nagle chodziła opinia, że wchodzimy do Unii Europejskiej. W Unii Europejskiej żadne państwo nie posiada tak bogatej i licznej sieci bibliotek pedagogicznych, co oczywiście dla mnie, jako teoretyka bibliotekarstwa, działało jak czerwona płachta na byka, bo cóż z tego, że nie było takiej bogatej sieci, no to niech oni się uczą od nas. To myśmy mieli to bogactwo w postaci sieci bibliotek pedagogicznych, które mogły oddziaływać na nauczycieli i na środowisko, a nie miały tego inne państwa i prawdopodobnie żałowały. Jak później przyjeżdżali do nas Duńczycy, to oglądali te wszystkie stwory nasze z dużym zainteresowaniem i chętnie by u siebie odtworzyli, ale nie było to takie proste. Krótko mówiąc, żeby wrócić, pojawiły się te elementy, że powstała mała złość we mnie, ponieważ pracowałem też nad innymi dokumentami dotyczącymi funkcjonowania bibliotek.
Kasia: Pan jeszcze mówi o tej pracy w Instytucie na Uniwersytecie Warszawskim.
Robert: Tak, jak jeszcze byłem w Instytucie, ale mówię, w środowisku się zaczęło tak dziać, że nie było dobrze, no po prostu trzeba było coś próbować, zacząć robić w praktyce. Biblioteki praktycznie rzecz biorąc zaczynały dogorywać, broniły się i robiły…
Kasia: Biblioteki pedagogiczne?
Robert: Wszystkie.
Kasia: Wszystkie.
Robert: Wszystkie. Masowo po prostu zamykano małe biblioteki na wsiach. Wszędzie pod pozorem robienia oszczędności zamykano coś, co było dorobkiem społecznym poprzedniego pokolenia. Często to zamykano pod pozorem wciskania, że jest to komunistyczne. Nikt nie chciał przyjąć do wiadomości jednego faktu, że jeżeli coś jest złe i komunistyczne, to należy zmienić. Ja pani powiem, co jeszcze prawdopodobnie głęboko się działo w podświadomości mojej. Jeszcze jak pracowałem w Instytucie Programów Szkolnych, to do zajęć z przysposobienia czytelniczego nakręciliśmy do ósmej klasy takie dwa filmy. Jeden nosił tytuł „Z dziejów bibliotek”, a drugi był na ten sam temat, ale nosił tytuł „Refren”.I o ile pierwszy jest typowym filmem popularnonaukowym z obrazem, dźwiękiem i komentarzem, drugi za to jest fantastyczny jako film, ponieważ tam się nie używa ani jednego słowa. Tam w tym drugim filmie jest tylko obraz, krótki komentarz słowny i kolejny obraz. I to, co autor tam jakby zaakcentował, to była sprawa ognia. Kiedy się pojawiał ogień, kiedy się zmienia ustrój, kiedy wchodzą nowi władcy, to ci nowi władcy niszczą poprzednie pokolenia i ich dorobek kulturalny, starają się, żeby to nie przetrwało. A ponieważ byłem konsultantem przy obydwu tych filmach, z ramienia Ministerstwa Edukacji, to jakby to bardzo miałem w pamięci, to, że spłonęła Biblioteka Aleksandryjska, to, że w 1933 roku Hitler zaczął palić książki, więc jak usłyszałem, że trzeba zlikwidować biblioteki pedagogiczne, bo są postkomunistyczne, no to, tak jak mówię, znowuż się harcerzyk obudził. Jak ogłoszono konkurs na dyrektora biblioteki pedagogicznej, to wystartowałem, wygrałem. Pani mnie pyta o anegdotki, to z anegdotką z konkursu, to była taka smutna anegdotka. Pani Zygner, która była w komisji konkursowej, zadała mi jedno z podstawowych pytań: „Czy przychodzi pan ostatecznie zlikwidować naszą bibliotekę?” Takie były właśnie niestety nastroje i odczucia w bibliotece, kiedy przychodziłem do pracy.
Kasia: O anegdotkach i o konkursie jeszcze porozmawiamy, bo uważam, że zwłaszcza ten drugi temat zasługuje na osobną przestrzeń. Z czego pan był najbardziej dumny? Nie mówię o konkursie. Nie pytam o konkurs. W czasie tych ponad 20 lat stanowiska.
Robert: Od razu powiem.
Kasia: Bo to były trudne czasy.
Robert: Bardzo. Jeżeli pani chce, to o nich opowiem, a dumny to byłem i jestem, to znaczy z siebie i z kolegów, których zatrudniłem, którzy pracowali. Niełatwo było u mnie pracować, ale po części dumny jestem z tego, że mogę przyjść tu do biblioteki, nikt mnie nie wyrzuca, wszyscy się ze mną witają, Robert, Robert, cześć. Powspominają coś, pożartują, to znaczy, że tak okropnie nie było. A dumny jestem z tego, że większość z tych kolegów, z którymi dzisiaj rozmawiam, to są ludzie, którzy zaczęli u mnie pracować jako bardzo młodzi ludzie.
Kasia: I cały czas pracują.
Robert: I kilkanaście lat albo kilkadziesiąt lat pracują, są oddani tej bibliotece, a w gruncie rzeczy, mówię, harcerzykowi to o to chodziło, żeby angażować ludzi, którzy się w coś zaangażują i będą w zasadzie kontynuować to nasze wspólne dzieło aż do emerytury. No i tak jest, więc z tego jestem dumny.
Kasia: Tak jest, bardzo dużo osób, Szanowni Państwo, pracuje tutaj odkąd… Bardzo dużo osób pracuje w naszej instytucji zatrudnionych jeszcze przez pana Roberta Miszczuka, ja to potwierdzam. To znaczy, ja akurat nie byłam zatrudniona przez pana, natomiast zdecydowana większość tak.
Robert: Dodam jeszcze szybciutko, dumny nie jestem, ale bardzo się cieszę na przykład, bo będąc… Bardzo się cieszę, że władze zaczynają mówić takim językiem, jak przez kilkanaście lat próbowaliśmy mówić w tych trudnych sytuacjach. To znaczy, że te biblioteki potrzebne są, że te biblioteki da się przekształcić tak, żeby działały dla dobra społecznego.I w gruncie rzeczy usłyszałem to teraz na rocznicy w Błoniu, jak żeśmy byli, jak z dumą Pan Marszałek mówił, że nie był pewien, czy brać, czy nie brać, ale w końcu te biblioteki zostały w gestii Marszałka Województwa Mazowieckiego i jest z tego w tej chwili bardzo dumny. A szef Błonia odpowiedział znowu, że też bardzo się cieszy, bo mógł tą bibliotekę wziąć, ale wiedział, że wtedy jedna z bibliotek albo publiczna, albo pedagogiczna padnie, że tak naprawdę to zostanie tylko jedna. Nie wziął jej wtedy i teraz się cieszy, bo Błonie mają dwie wspaniałe biblioteki, które służą społeczeństwu, więc pod tym względem się cieszę, że nareszcie oni mówią to, co im się próbowało przekonać, że to tak powinno funkcjonować.
Kasia: Ja tylko tak bywam króciutko, że teraz pan Robert mówi o uroczystości 50-lecia funkcjonowania naszej filii w Błoniu, na której mieliśmy okazję spotkać.
Robert: I być.
Kasia: Dobrze, to ja zapytam teraz tak przewrotnie. Liczyłam, że to będzie ponad dwadzieścia lat, kiedy pan był dyrektorem. Dziewięćdziesiąty drugi?
Robert: Liczyłaś ciepło, ciepło, bo pracowałem tyle. Jak skończyłem być dyrektorem, to później już pracowałem jako nauczyciel, bibliotekarz w bibliotece, aż do emerytury. Za co dziękuję pani dyrektor, że dała mi okazję pracować w końcu. Nie wszyscy mnie wtedy lubili, więc, szczególnie we władzach, więc mogła pewnie starać się dla świętego spokoju mnie usunąć. Nie zrobiła tego.
Kasia: Mówimy o pani dyrektor Beacie Zych, którą serdecznie zapraszamy do podcastu i pozdrawiamy z tego miejsca.
Robert: Pozdrawiamy.
Kasia: Dobrze, to wróćmy do tych lat, w których pan był dyrektorem.
Robert: Tak.
Kasia: Czy jest coś, albo czy był jakiś pomysł, jakaś idea, albo jakaś praca, jakieś relacje, cokolwiek, z czego nie jest pan za bardzo dumny? Coś nie wyszło?
Robert: Chyba nie.
Kasia: Nie ma czegoś takiego?
Robert: Byłem wtedy pracoholikiem. Zespół ludzi, których angażowałem, był bardzo dobry. Dziewczyny, które wcześniej pracowały, trochę się broniły z tego powodu, że trzeba było robić zmiany totalne sposobu myślenia o bibliotekach i funkcjonowaniu w tamtych warunkach, ale wyszło nam. Znowuż nawiążę do naszego Błonia. Tam któraś z Pań prowadzących powiedziała, że biblioteka jest kobietą, że wszystko, co jest związane z książką w zasadzie jest kobietą, jest tylko dramat, który można powiedzieć, że jest męski.
Kasia: Tak, to było poruszane.
Robert: Taka przenośnia była i to niestety otworzyło mi szufladkę, bo sobie pomyślałem, że jak to trafnie ta pani ujęła. Akurat mnie przyszło być dyrektorem wtedy, kiedy w bibliotekach był prawdziwy dramat. Nie mieliśmy pieniędzy na nic. Nikt nas nie chciał. Nigdzie nie można było szukać żadnej pomocy. Było jednak coś wspaniałego, co nam zostało po wcześniejszym okresie, czyli okres solidarności i okres współpracy społecznej, czyli to, że bibliotekarze chcieli funkcjonować, nie chcieli się dać zamknąć, wierzyli w to, że są potrzebni. Bibliotekarze wszystkich naszych bibliotek pedagogicznych i byliśmy się w stanie wbrew władzom i wszystkim organizować, działać, mieć projekty, zasypywać władzę kolejnymi koncepcjami, jak powinniśmy funkcjonować, czyli jakby bez zgody władz spotykali się dyrektorzy bibliotek pedagogicznych i przygotowywaliśmy kolejne koncepcje, jak powinny funkcjonować biblioteki pedagogiczne dla dobra oświaty i tym, żeśmy jakby zarzucali Ministerstwo Edukacji, które chciał, nie chciał, no nie wszystkich nas zamknęli. Koncepcja była z grubsza taka, żeby troszkę się nas pozbyć, żeby nas łączyć z ośrodkami, z wojewódzkimi ośrodkami metodycznymi w jeden organizm, co oczywiście, jak się łatwo domyślić, w konsekwencji byłoby redukcją etatów bibliotek pedagogicznych.
Kasia: Tak.
Robert: Plus zmniejszenia absolutnie ich zadań kulturalnych, oświatowych, innych. Sprowadziłoby się to po prostu do czytelni i w najlepszym wypadku wypożyczalni, prawda książek. Koniec, kropka. Sześciu pracowników i kierownik biblioteki i koniec. Czyli żadnej edukacji czytelniczej w środowisku, wśród nauczycieli, dzieci, nie byłoby czym prowadzić, bo nie byłoby jak. Inna instytucja by to przejęła. Odpadała też sytuacja współpracy z bibliotekami szkolnymi, bo ani nie miałby kto pokazywać tym bibliotekom szkolnym, co można robić, ani nie miałby co pokazywać. W związku z tym w tym okresie, kiedy ja nastałem, musieliśmy to po części wszystko jakby zmieniać. Nie było pieniędzy, jak powiedziałem, na nic. Największym problemem był zakup książek. Nie było pieniędzy na książki. Nie było żadnych pieniędzy na książki, w związku z czym biblioteka głównie usuwała książki te zbędne i dziewczyny nie miały co wprowadzać, bo nie było jak. Musieliśmy zmienić metodę. Gabloty, gdzie kiedyś się pokazywało nowości, zakupionych książek, przemieniliśmy na gabloty promocyjne. Dziewczyny przestały chodzić i prosić o to, żebym wydawnictwo czy księgarnia jakieś książki dały nieodpłatnie, gdzie wcześniej chodziły, tylko chodziły i proponowały tym wydawnictwom, księgarniom zasady współpracy. Jeżeli państwo chcecie, na zasadzie współpracy, możemy w zamian za przekazanie nam książek, które są nam potrzebne, i tu jest taka i taka lista, zaoferować państwu promocję w formie wystawy książek przy wypożyczalni, wystawy książek w czytelniach i tak dalej, i tak dalej. Czyli jakby zaczęliśmy sobie z książkami radzić na zasadzie, że nie proszę o pomoc, tylko organizuję współpracę. Czyli księgarze, wydawcy.
Później to samo zaczęliśmy robić na Targach Książki.
Kasia: No i jakoś popłynęło.
Robert: Tak żeśmy załatwili sprawę, ponieważ już z Targami Książki było tak dobrze, że na tyle nas lubili, że nawet nam ofiarowali za darmo, też w ramach współpracy właśnie stoisko, dzięki czemu będąc już na stoisku jako Pedagogiczna Biblioteka mogliśmy mieć wszystkich wydawców w kieszeni, bo wszyscy nas już znali na takich targach i mieliśmy wszystkich, znali się ze wszystkimi, żeśmy byli i krótko mówiąc te gabloty zaczęły pękać w szwach. Ale to było małe piwo, bo w tamtych najcięższych czasach oprócz tego, że dziewczyny ruszyły do księgarni, do wydawnictw, tu z przyjemnością mogę powiedzieć, to było mało. Szukaliśmy gotówki, ponieważ pieniędzy nie było ani na światło, ani na gaz, na nic.
W związku z czym w pierwszych tygodniach mojego dyrektorowania pojawił się w mojej firmie komornik, który przeszedł przez bibliotekę i opieczętował nam meble, jeden czy dwa komputery, które żeśmy mieli i za długi, które żeśmy mieli w stosunku za brak prądu i tak dalej. Jeżeli czegoś tam nie mogliśmy, nie mieliśmy zrobić, to mieli to nam wszystko zabrać do sprzedaży, do czegoś. No, błagaliśmy go na kolanach przykładowo „Dlaczego pan to robi? Przecież nikt nie płaci w tej chwili”. Szkoły nie płacą, inne placówki oświatowe też nie. Na co pan komornik z uśmiechem powiedział, a jak sobie pan wyobraża, że ja pójdę i zamknę szkołę? To mnie rodzice spalą, a bibliotekę możemy spokojnie zamknąć.
Kasia: I jak pan wybrnął z tej sytuacji?
Robert: No, był ten pan miły i tam pokazał nam troszkę, jak to trzeba zrobić. Potem był na tyle miły. No, nie powiem tego głośno, bo może do dzisiaj można w ten sposób zacząć obchodzić.
Kasia: To nie.
Robert (śmiech): To nie będziemy dokładnie tego robić. W każdym razie powiedział nam, nie zmienia to faktu, że trzeba było zdobyć pieniądze, więc żeby to obejść, trzeba było zdobyć pieniądze. No, mieliśmy budynek, więc kolejną rzeczą, która była w budynku i w meblach…
Kasia: Mówimy o którym budynku?
Robert: o Bednarskiej.
Kasia: O Bednarskiej już.
Robert: To był budynek, którym myśmy zarządzali, w związku z czym instytucja, którą zarządzała, miała prawo zgodnie z ówczesnymi jakby przepisami prowadzić pewną działalność, czyli m.in. podnajmować pomieszczenia. Należało szybko te pomieszczenia jakoś poszukać, jakoś wygospodarować i zacząć podnajmować. W związku z tym pojawiło się w podnajęciu u nas wydawnictwo Semper, które tam w piwnicy sobie funkcjonowało, też było na dorobku, więc ten dorobek zaczynało u nas dorabiając się, a było to wydawnictwo naukowe, miało jeden wspaniały pomysł, w ramach współpracy zorganizowaliśmy, z dumą powiem, pierwsze naukowe Targi Książki Warszawskie w Polsce, czyli myśmy szybko wystawili stare regały, które żeśmy mieli, zorganizowali korytarz, czyli takie stoiska i zaprosili wydawców, to już Semper pomógł, bo to oni znali wydawców, którzy chcieli się pokazać i wtedy żeśmy na tych targach, no za nieduże pieniądze w stosunku do prawdziwych późniejszych wystawców zorganizowali te targi, no ale ponieważ było kilkanaście tych firm, czy tam kilkadziesiąt, bo Bednarska była spora, więc było to przed salą kinową i wkoło sali kinowej, no było to kilkadziesiąt, więc biorąc nawet po 200 zł, to dla nas już te kilka tysięcy złotych nas zdecydowanie bardzo ratowało, a oczywiście dodajemy, że przy okazji była współpraca, tak jak z tymi…
Kasia: Ze środowiskiem.
Robert: Nie, ale za książki, czyli współpraca ze środowiskiem, ale oni się zobowiązali też, że książki, które przywiozą na targi, jak pani wie dokładnie, oni często muszą potraktować te książki w wielu wypadkach jako książki używane, w związku z czym niekoniecznie mogliby je wysłać do księgarń. W związku z czym te wszystkie książki z tych targów zostały w bibliotece. Mieliśmy nagle wpływ na kilkadziesiąt tysięcy i dziewczyny w opracowaniu nagle miały już roboty na dobry rok, albo dwa, albo i więcej.
Kasia: I znalazły się książki.
Robert: Czyli znalazły się książki, znalazły się pieniądze, zaczęło się podnajmowanie, kolejną firmą, którą żeśmy podnajęli, to mieliśmy salę konferencyjno-kinową, w związku z czym u nas znowuż powstało pierwsze nocne kino w Warszawie i to było też nasze kino, funkcjonowało u nas i z tego, żeśmy dostawali kolejne pieniądze. Dopiero jak oni się przenieśli, no trochę żeśmy ich zwolnili, bo zaczęli zalegać z czynszem, to oni wtedy sobie zorganizowali pierwsze samochodowe kino w Warszawie.
Kasia: Ale pierwsze takie studyjne było w bibliotece przy ulicy Bednarskiej.
Robert: To było prawdziwe, profesjonalne kino, po prostu nocne, myśmy zaczynali o 22, wtedy kiedy wszystkie kina kończyły działalność.
Kasia: To też innowacyjny pomysł.
Robert: Innowacyjny, bo wie pani, no to wyniosłem ze szkoły średniej. W szkole średniej byłem…
Kasia: Drodzy Państwo, ale ja się tutaj ciekawych rzeczy dowiaduję, ja nie miałam pojęcia.
Robert: Życie jest ciekawe. W szkole średniej byłem w technikum poligraficznym, uczyłem się na fotografa reprodukcyjnego. To jest sytuacja taka, że dostawała pani jakieś zdjęcie, mogło być czarne, mogło być białe i trzeba było je zreprodukować tak, żeby się dało wydrukować. Czyli ja wiedziałem, jaki jest końcowy efekt i miałem początkowy.
I teraz trzeba było kombinować, jak to zrobić, żeby z tego początku, które tak wygląda, skończyło się tak. No i tego się uczyłem przez pięć lat i wygląda na to, że po prostu…
Kasia: Przydała się wiedza.
Robert: Tak już, że to się przeniosło. I w związku z czym, co było? Kino nocne mogło być tylko dlatego, bo po pierwsze u nas była szkoła przecież. Po drugie biblioteka. Nic nie mogliśmy zamknąć. Nie można było trzech instytucji naraz ruszyć. Prawda? Bo by już sobie wchodziły w drogę. A w związku z czym odpowiedź była prosta. Kończy funkcjonować biblioteka o 19.00. Możemy zapraszać…
Kasia: Do kina.
Robert: Tylko na kino nocne. Od 19.00 do 3.00 rano było kino.
Kasia: Panie Robercie, tutaj tyle takich ciekawych, interesujących rzeczy pan mówi.
Robert: I pieniądze.
Kasia: I pieniądze były dodatkowe z tego, tak.
Robert: Pieniądze te, których byśmy nie dostali skądinąd i dzięki takim pieniądzom, które żeśmy tak zaczęli zarabiać, mogliśmy zacząć płacić za światło, gaz, inne rzeczy. Jeżeli nawet nie stać było nas na całość, to zawsze żeśmy zaczynali płacić. W związku z czym, no, jako dłużnik stawaliśmy się dłużnikiem wiarygodnym, gdzie była nadzieja, że po prostu…
Kasia: Wychodziliście z tych długów.
Robert: Tak, że to była sytuacja taka, że jesteśmy w stanie kiedyś to spłacić i można nam, no i można nam oddać te komputery i meble. (śmiech)
Kasia: Panie Robercie, ja muszę zapytać o flagowy projekt, projekt, którego jest pan współautorem i który żyje do dnia, do czasów współczesnych, do dnia dzisiejszego i cieszy się niezmiennym powodzeniem. Mowa o konkursie, o którym pan zaczął coś mówić, ale ja w odpowiednim momencie przerwałam, więc króciutko proszę powiedzieć, skąd pomysł, bo z tego co rozumiem, to były te czasy, gdzie biblioteki nie miały pieniędzy i książek na nic.
Robert: Od razu odpowiem pani, to jest ciągle to samo. To jest ciągle to samo. Moim zadaniem i bibliotek jest przygotowanie dzieci, młodzieży, dorosłych do korzystania z bibliotek, stworzenie pozytywnej motywacji.
Kasia: A mówimy o konkursie?
Robert: Dojdziemy do konkursu, inaczej nie ma.
Kasia: OK.
Robert: Wie pani, ciągle jest to początkowe zdjęcie. Cel jest jeden. Biblioteka jest po to, żeby w jakiś sposób zbudować pozytywną motywację w społeczeństwie do tego, żeby korzystały z książki i bibliotek. Jeśli tego nie zrobi, to przestaniemy żyć, istnieć, tak jak każdy sklep, jak każda firma. Nie ma chętnych, nie ma czytelników, traci się motywację do korzystania ze sklepu, przestaje się przychodzić, sklep trzeba zamknąć.
Kasia: Dokładnie.
Robert: O tyle mówię to, bo to mówię z punktu widzenia ekonomicznego, ale jest drugi punkt widzenia. Z punktu widzenia społecznego jesteśmy potrzebni, więc musimy zadbać, żeby nas nie zamknął. Dobre, demokratyczne państwo, społeczeństwo to jest takie, gdzie obywatel umie czytać i pisać i korzystać z informacji sam. Wybierze, oceni, znajdzie.
Gdzie nie jest w sytuacji takiej, że jest analfabetą, w związku z czym musi skorzystać z trzeciej osoby, żeby mu wytłumaczyć, jak napisać, nie wiem, umowę o pracę, jak napisać umowę o telefon, jak korzystać z czegoś. W związku z czym naszym zadaniem biblioteki było tak, żeby ludzie lubili książki, dzięki temu umieli czytać, dzięki temu się zdecydowali, czy chcą, czy nie chcą czytać, ale jeśli muszą przeczytać ustawę, która ich dotyczy, to ją przeczytają ze zrozumieniem. I to jest nasz prawdziwy cel, który się pojawił gdzieś kiedyś i który trwa do dzisiaj, bo są wszystkie media i mogą sobie być, ale prawo obowiązuje wszystkich. Ktoś gdzieś kiedyś napisze nagle o tobie ustawę i dobrze byłoby, żebyś wiedziała, że to jest ustawa o tobie i albo zaprotestowała, albo miała ją zrealizować. W związku z czym cel ciągle był taki sam. I pojawiła się sytuacja, że przyszła pani Podlasiecka z Młodzieżowego Domu Kultury i pyta, że oni organizują taką akcję z dziećmi, co może mieć człowiek z drzewa i czy biblioteka mogłaby się do tego włączyć. No więc jest rzeczą oczywistą, że było jasno odpowiedzieć, że oczywiście, że się możemy włączyć. Jest drzewo, jest papier, jest papier, to jest książka, jest książka, jest biblioteka i my to wszystko dzieciom możemy pokazywać tu u nas i o tym rozmawiać i do tego się możemy przygotować. No i tak żeśmy weszli do konkursu pod tytułem „Drzewo”.
Kasia: Ooo
Robert: Bo to było drzewo. Od drzewa. Wszystko zaczęło się od drzewa.
Kasia: Drzewo jako początek.
Robert: Tak. To drzewo było jako początek. I te dzieci maszerowały od muzeów po po różnych miejscach. Czyli zobaczyły, że z drzewa jest łódka, że robi się domy, że robi się inne rzeczy, no i między innymi zrobiły książkę, bo książkę się też robiły i jak do nas przychodziły to zobaczyły, że książki tak czy siak wyglądają. Potem w ramach tych samych warsztatów zaczęły robić sobie te książki, które widziały. Zaczęły je trochę pisać, zaczęły trochę robić, ponieważ przy okazji funkcjonował w naszej bibliotece w pewnym okresie klub ludzi artystycznie niewyżytych, który prowadziła pani Wawiłow i ją gdzieś skądś wyrzucili z
całą grupą dzieci i młodzieży. Pani Papuzińska się spytała, czy moglibyśmy ją przygarnąć? My żeśmy chętniej udzielili swoich pomieszczeń. Także pani Wawiłow funkcjonowała z tym klubem. Ona pisała wiersze, inne rzeczy, w związku z czym przy okazji pokazywała naszym dzieciom, jak się różne rzeczy ładnie pisze tak, że Wawiłow uczyła pisać. Wojtek Rozwadowski uczył pracować na komputerze, bo tam wtedy pierwsze się pojawiły tak i inne rzeczy, więc dzieci mogły zobaczyć jak się te literki składa. Jakiś tam był Paweł Głogowski. Też im pokazywał jako polonista, jak się składa literki i taka wspaniała pani, która była nazwiska nie pamiętam, Podlasieckiej koleżanka, która uczyła nas robić książki, zabawki. To były jedne z pierwszych książek, które prawda do treści można było dołożyć ładnego misia i w związku z czym uczyliśmy się w zasadzie na takich spotkaniach, że treść książki powinna odpowiadać w formie. Czy odwrotnie forma książki, jak później pokażemy najlepiej, jak tylko odpowiada treści, bo się wtedy książka najlepiej kupuje, najchętniej sięga, czyli jak jest książka o misiu, to bardzo przyjemnie jak ma buzię misia na wierzchu albo coś i takie inne rzeczy to dzieci oglądały przeróżne rzeczy i potem same robiły. No i tak się w tym konkursie zrobiło. Wszystkie dzieci dostały nagrodę no a ponieważ no konkurs „Drzewo” no musiał się skończyć tym co książka, no książka tak jak się z dziećmi rozmawia, też my rozmawiali, no żeście już te fajne książki zrobili. No ale przecież wiecie, no coś dalej, po co żeście zrobili, no po to, żeby ktoś się przecież przeczytał, obejrzał, zobaczył nas, żeby jeszcze przeczytał, obejrzał, no to co? Są 2 rzeczy, no albo je trzeba powielić i sprzedać, albo co? No albo zrobić bibliotekę, no i z tych książek żeśmy zrobili bibliotekę taka była decyzja, no i ta biblioteka funkcjonuje przy Młodzieżowym Domu Kultury do dzisiaj od następnego.
Kasia: Muranów pozdrawiamy.
Robert: Tak jest pozdrawiamy i od następnego roku już „Drzewo” się projekt „Drzewa” się skończył, a został jako samodzielny projekt „Wydajemy Własną Książkę”, który żeśmy realizowali razem z Muranowem.
Kasia: Ja tak sobie teraz przypominam panie Robercie, że chyba dokładnie rok temu na pana miejscu siedział Marcin Kiełbus z Młodzieżowego Domu Kultury Muranów i też o tym rozmawialiśmy, a ja nawet nie spodziewałam się, że miesiąc… Miesiąc? Co ja mówię. Rok później będzie pan o tym mówił.
Robert: No to już jest 32 lata.
Kasia: Tak. I to dalej żyje.
Robert: I to jest 32 lata. Było rzeczą absolutnie oczywistą, że to jest samograj. To jest samograj, ponieważ nie ma prawie nikogo, tak, jak tu spojrzałem, to jesteśmy w sali, gdzie do tego samograja były specjalnie nie wyrzucone, prawda? Bo przy normalnie ludzie wyrzucają, stoją maszyny do pisania, wszyscy je wyrzucali dzięki temu, że prowadziliśmy działalność w żywej, prawdziwej bibliotece, można było na bieżąco uczyć się wyjątkowych rzeczy, których normalnie ci ludzie nie zobaczą, czyli na przykład i pani na przykład do głowy by nie przyszło, że dzięki lekcjom bibliotecznym na przykład przychodziły do nas dzieci i myśmy im wyjmowali stare czasopisma, które normalnie się wyrzuca, bo by ktoś pomyślał, że trzeba wyrzucić. To są stare roczniki, nie tego. Tymczasem dla dzieci to była sensacja, bo one komputer i inne rzeczy, tak jak koleżankom próbowałem tłumaczyć nie konkurujmy dziećmi z komputerami, ponieważ one mają lepsze komputery w domach więcej potrafią, bo ich rodzice więcej potrafią i z tym konkurencja nasza jest kiepściutka. My mamy to, czego one nie mają. Mamy książki, których już nie ma w domu. Mamy czasopisma, których nie ma i wydawałoby się, że to nudne, wcale nie, bo one nagle otworzyły. Te dzieci patrzą. No co to za czasopismo prawie obrazków nie ma, no bo w gazetach nie było obrazków, ale znowuż kartkują coś dalej i mówią: „Ty zobacz, bo też był taki okres przejściowy, że nie było, ale zobacz, ile tu było teatrów i kin”. Bo przecież tam były, czyli zapraszali kino, takie kino, siaki, kino owakie, a to był okres, kiedy i kino zamykano wtedy, kiedy myśmy otworzyli kino, to tylko dlatego żeśmy otworzyli, bo znowu żeśmy byli najtańsi w wynajęciu tej sali sprzętu.Raz, że rzeką mieliśmy, a po drugie byliśmy najtańsi. W tym momencie zamykano kina w Warszawie dość powszechnie. W niejednym jest teatr, prawda?
Kasia: To prawda.
Robert: A nie kino już. Także poginęły. Bardzo dużo kin zostało w tym okresie zamkniętych. Myśmy funkcjonowali, spodobało nam się na tyle, że od razu przegadam, że jak likwidowano w Łodzi (śmiech), w Łodzi likwidowano magazyn filmów oświatowych to myśmy pojechali po te książki do… Po te po te kasety do Łodzi, żeby je przejąć i żeby mieć własne filmy po to, żeby nie trzeba było już za filmy płacić. Filmy były na tyle rewelacyjne, że można było je spokojnie puszczać i przychodziły później tłumy warszawiaków już nie do nas, bo nie mieliśmy operatora. W tym momencie nie mogliśmy uruchomić naszego sprzętu. Nasz sprzęt poszedł i kolejne kilo, które wzięliśmy współtwórcami to jest „Kino pod mostem”, gdzie organizował taki facet, to chyba on robił „Akcja Wisła” czy coś…
Kasia: Było coś takiego było.
Robert: Coś takiego było. I to było nasz sprzęt, nasze filmy. Nie pamiętam jak on miał na imię już zapomniałem.
Kasia: Ale pamiętam, że coś było
Robert: No no w każdym razie w lecie w lipcu i w sierpniu pod mostem były puszczane filmy. Siedziało się na piasku na leżakach, na takich innych rzeczach. I też w nocy leciały filmy i to były nasze.
Kasia: Panie Robercie, nagrywamy ten odcinek właściwie w przededniu uroczystości Jubileusz, Jubileuszowej 80-lecia naszej biblioteki. Mówię naszej, bo to też pana biblioteka.
Robert. Tak jest.
Kasia: Czego by pan chciał życzyć z okazji jubileuszu naszej instytucji?
Robert: Trudno jest powiedzieć, ponieważ tak jak mówię, no strasznie jest mi przyjemnie.
Panią dyrektor zatrudniłem panią wicedyrektor zatrudniłem, panią kadrową ja zatrudniałem (śmiech), panią dyrektor administracyjną ja zatrudniałem. Wszystkie na mnie patrzą koleżanki, więc to jest samo piękne, prawda? Ludzi zatrudniłem, myślę, że jak one by wspominały, to nie było im łatwo na samym początku, bo nigdy nikomu nie było łatwo. To od razu powiem, jest strasznie, nie na pewno to to już znowuż był harcerzyk. Ja nie traciłem czasu na ludzi, którzy chcieli przyjść na chwilę, zająć mi etat, zająć mi miejsce, wziąć trochę pieniędzy i zmienić pracę na coś innego.
Kasia: Czyli chciałby pan życzyć tak wyspecjalizowanej kadry?
Robert: Pierwsze. Dalej dobrej kadry.
Kasia: Ok.
Robert: I. to co naprawdę mi się marzy to, żeby udało wam się zejść pod strzechy, bo ja w tej chwili mieszkam na wsi i powtarzam rzecz, którą no powtórzę jak jest okazja przy radiu. No ksiądz do mnie przychodzi 2 razy w roku. Przez 16 lat mieszkam, odwiedza, rozmawia, prawda. Przy różnych okazjach raz mamy we wsi nawet specjalne nabożeństwo z okazji zbiorów. No powiem, nie widziałem jeszcze bibliotekarzy. Przyjeżdża samochód z pieczywkiem. Przyjeżdża samochód z technicznymi rzeczami, co drugi co trzeci dzień. No i marzy mi się nareszcie, żeby zaczęły jeździć bibliobusy.
Kasia: Bibliobusy.
Robert: Niech to będą doskonałe bibliobusy prawda? Już z komputerem. Ze wszystkim. No w dzisiejszych czasach przecież telefon wystarczy, żeby się połączyć z internetem i pomóc ludziom zrobić coś tam, ale bardzo bym chciał wyjrzeć przez okno tak jak teraz widzę i o godzinie 7:00 rano jedzie biały no to ja wiem, że chlebek przejechał. Następnego dnia żółty z drugiej strony, a to te rzeczy przyjedli i tu bym chciał sobie iść o siódmej rano i zobacz o biblioteka jedzie, czyli pani gorzej w tej chwili jeszcze nie trzeba mieć milionów, bo oczywiście biznesmeni zaraz wam powiedzą, że trzeba mieć bibliobusy i że to kosztuje milion, 2 miliony taki wielki autobus i tak dalej. Te wielkie autobusy to jeździły 50 lat temu. Teraz się pokazały małe elektryczne samochodziki i one kosztują 14 do 20000 zł. Takie obudowane trzykołowe. Nawet nie trzeba prawa jazdy.
Kasia: A to nawet nie wiedziałam.
Robert: A to ja podpowiadam. Szukajcie, zobaczcie (śmiech). 22000. Nowy jeździ 20 na godzinę. Nie potrzeba żadnych papierów. To jest oczywiście zwłoki ze Wschodu, jeszcze wszystkie te, gdzie one mają taką zabudowaną budę i w środku jest kawiarnia, herbata czy coś tam, czyli zupełnie spokojnie można w to władować książeczki, komputery i tyle i przejechać się po wioskach. Codziennie do innej po 20 km w jedną stronę. Z powrotem załadować i i znowuż byłoby najważniejsze, bo zaraz ludzie powiedzą, nie wszyscy będą korzystali coś, ale pamiętajcie o jednym. Na wsi są małe dzieci. One same do biblioteki nie trafią, no do siódmego roku życia to w ogóle rzadko trafią. Nie no w ogóle nie trafią same, no no kiedy od 14 16 lat trzeba mieć, żeby 7 8 km do biblioteki pojechać. Są starzy ludzie, oni też nie chodzą do biblioteki, nikt nie będzie wydawał pieniędzy, żeby dojechać do biblioteki po książkę. Olbrzymie gratulacje, że Warszawa ma już książki, które się wysyła na odległość, czyli następna rzecz, której wam życzę. Znajdźcie tych sponsorów, żeby przynajmniej starym i dzieciom zasponsorowały trochę.
Kasia: Mieszkańcom wsi.
Robert: Zasponsorowały po prostu cenę. Cenę, wiesz, która jest niezbędna do przemieszczenia się tych książek, bo ja rozumiem, że sobie podjechałby taki mały bibliobus pod chałupkę. Tu wyszłaby babcia z wnuczką. Pani by im pomogła szybko znaleźć w komputerze jakie fajne książki są i pokazała obrazki z komputera, jakie też z tego, a ona by powiedziały, że to chcą, naciskają i za 3 dni mają. A za 3 tygodnie przyjeżdża ten i one oddają w tym samym miejscu i to sobie wraca. I rzecz najważniejsza: akcja między bibliotekarzem a babcią, bibliotekarzem a dzieckiem. Ani książka nie jest martwa ani informacja nie jest martwa.
Kasia: I jest interakcja.
Robert: Interakcja jest, przyjeżdża wspaniały bibliotekarz. Babcia ma z kim pogadać, bo tak na co dzień nie ma z kim pogadać. Dziecko też nie bardzo jak z babcią czasami siedzi, bo rodzice gdzieś w pracy czy coś tam, czyli po prostu się zaczyna coś dziać i wokół tego można znowuż coś zorganizować, to taka mrzonka harcerska, bibliotekarska. (śmiech).
Kasia: No to takich życzeń jak do tej pory nasza biblioteka jeszcze nie dostała. (śmiech)
Bardzo dziękuję panie Robercie, bo rzeczywiście to jest interesujące, co pan powiedział.
Robert: Pozwalam sobie na to, bo bo mówię, byłem też na otwarciu w Ciechanowie. No jest tak piękna biblioteka, jak żeśmy ją oglądali, no 15 lat temu, prawda w Danii? No nie miałaby się absolutnie czego wstydzić. No w związku z czym marzenie: niech Ciechanów jeszcze ma kilka bibliobusików, (śmiech), które ruszą w teren. Pamiętajmy jeszcze o jednej rzeczy. O najważniejszej. Ta sprawa bibliobusów i innych rzeczy nie musi być załatwiona etatowymi pracownikami bibliotek. No pamiętajmy, że w terenie mamy bardzo prężne ochotnicze straże pożarne i koła gospodyń wiejskich. To są takie zespoły, które zupełnie spokojnie, do których można podjechać. I zostawić im nawet na trochę książek czy strażakom, czy coś tam. Przy strażakach postawić takie piękne… Przed Ciechanowem stoi taka,wiesz, wypożyczalnia książek. Tak jak się kupuje różne tam, no takie ciasteczka, czekoladki czy inne rzeczy, no przecież tak sobie mogą stać już…
Kasia: Książkomat?
Robert: Książkomat i w takim książkomacie przed OSP mogę sobie przyjść, coś tam wrzucić legitymacją, zrobić, pyk wziąć a później przyjść i oddać z powrotem. Także pi razy drzwi: albo książkomaty albo bibliobusa. Najlepiej jedno i drugie.
Kasia: Panie Robercie. Bardzo panu dziękuję za rozmowę.
Jeszcze raz podkreślę, to zaszczyt było pana zaprosić, z panem porozmawiać i dziękuję za te ciekawostki, które pan przekazał i cóż, widzimy się na uroczystości jubileuszowej.
Robert: Dziękuję bardzo. Bardzo miło mi się rozmawiało, choć się strasznie bałem.
Kasia: I nie trzeba było, pozdrawiamy serdecznie państwa.
Robert: Dziękuję. Wzajemnie wszystkich pozdrawiam.

