Zapraszamy do wysłuchania podkastu Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej im. Komisji Edukacji Narodowej w Warszawie.
Kasia: Dzień dobry, z tej strony Kasia Gołubiew. Witam w wyjątkowej odsłonie Bibliowywiadu na Gocławskiej. Wyjątkowej, ponieważ obchodzimy roku jubileuszowy. W 2026 roku Pedagogiczna Biblioteka Wojewódzka im. Komisji Edukacji Narodowej w Warszawie skończy, równe 80 lat i podjęłam taką próbę zaproszenia osób, które kiedyś pracowały w naszej bibliotece do nagrania podkastu, do mojego Bibliowywiadu na Gocławskiej. I przede mną siedzi mój pierwszy gość, nasz emerytowany pracownik, Marek Kamiński. Dzień dobry, Marku.
Marek: Dzień dobry, Dzień dobry, Kasiu.
Kasia: Marku, czy można powiedzieć, że jesteś, właściwie byłeś bibliotekarzem z powołania?
Marek: Trudno powiedzieć, że byłem bibliotekarzem z powołania, choć w domu miałem bibliotekę odkąd pamiętam i to liczącą całą, zajmującą całą ścianę. Ale przyznam się szczerze, że zasadniczo byłem praktycznie rzecz biorąc muzealnikiem. Przez wiele lat pracowałem w muzeum, co prawda przemysłowym, ale jednak w muzeum. Ale to są dziedziny dość pokrewne, w związku z tym, można powiedzieć, że wszedłem w to, jakby to powiedzieć, bezboleśnie, bez jakichkolwiek zmiany. Co prawda musiałem uzupełnić luki w wykształceniu i zdobyć, że się tak wyrażę, skończyć kurs bibliotekarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Dlatego złośliwie mówię, że na to, żeby być tutaj bibliotekarzem trzeba było mieć trzy fakultety, bo w moim wypadku był to historyk, pedagog jako kończyłem historię nauczycielską i bibliotekarz. Czyli trzy fakultety musiałem mieć tutaj, by być pracownikiem, że się tak wyrażę wtedy ladacznicą, jak ja to mówiłem, że pracowałem za ladą.
Kasia (śmiech): Tak, o tych kolejach losu i o twojej ścieżce zawodowej, w tej konkretnej bibliotece właśnie cię miałam o to zapytać, ponieważ pamiętam, że 20 lat temu, kiedy ja się zatrudniałam w bibliotece pedagogicznej, jeszcze wtedy siedziba główna była na ulicy Smyczkowej.
Marek: Tak, jest śliczny okres.
Kasia: Wspaniały okres. Nieodżałowana nasza kochana ulica Smyczkowa. Miejsce świetnych wspomnień. Ja pamiętam, że wtedy właśnie razem pracowaliśmy w Wydziale Udostępniania Zbiorów. Byłeś tak zwaną ladacznicą.
Marek w tle: Tak jest
Kasia: Ja też byłam tą ladacznicą i uczyłam się pod twoim czujnym okiem. Ale czy zawsze pracowałeś w Wydziale Wspomagania zbiorów? W ogóle jak długo pracowałeś w bibliotece?
Marek: Nie, no ja zacząłem pracować w 2000 roku i zacząłem pracować w Wydziale Metodycznym. Ściągnęła mnie tu do biblioteki, nie będę ukrywał i to jej przyznajęWElżbieta Orzeł-Orlewicz, ona była wtedy kierownikiem Wydziału Metodycznego. I przez dwa lata organizowałem i pracowałem w tym wydziale. Później to tak trochę się obijałem, a w końcu przeszedłem, bo czasami byłem w gromadzeniu, później byłem w udostępnianiu, później byłem w Wydziale Informacji Pedagogicznej.
Kasia: Czyli tak wszystkie wydziały po kolei?
Marek: Praktycznie, z wyjątkiem administracji, księgowości i innych.
Kasia: Wiadomo
Marek: Aczkolwiek jak zachodziła potrzeba pracować w magazynie, to też tam się schodziło i pracowało się. W wydziale metodycznym wtedy organizowała, Elka organizowała kursy dla bibliotekarzy. Był taki okres, że na to, żeby uzyskać uprawnienia bibliotekarza szkolnego, trzeba było zdobyć, kończyć kurs i myśmy mieli uprawnienia jako biblioteka do realizowania tego kursu. I przyznam się szczerze, że te kursy, nawet jak pamiętam Elkę Orlewicz, one były mniej więcej na tym samym poziomie, nawet niżej niż te, które później miałem jako student bibliotekarstwa.
Kasia: Czyli to był wysoki poziom?
Marek: Bardzo wysoki poziom.
Nawet o tyle było lepiej dla tych studentów, że to były mniejsze grupy. W związku z tym łatwiej to było tą wiedzę egzekwować, jednocześnie łatwiej było tą wiedzę przekazywać, ale to już okres miniony, zmieniały się sytuacje, nie było już takiej możliwości. Jak się przeniosłem, później pracowałem w udostępnianiu także. I w pewnym momencie i po likwidacji Wydziału Metodycznego jako takiego zaproponowano mi funkcje kierownika Wydziału Informacji Pedagogicznej i Zbiorów Specjalnych. Miałem wtedy swoje ambicje i na to przystałem, ale nic z tego nie wyszło.
Kasia: A możesz teraz powiedzieć, co to były za ambicje?
Marek: Ja z zamierzałem przekształcić pbw bibliotekę naukową. To znaczy nie tyle może przekształcić, bo nie miała na tyle władzy, nazwijmy to w ten sposób, ale przynajmniej stworzyć podstawy i stworzyć tutaj takie pracownie w zakresie historii oświaty. Miałem ambicje na stworzenie tu przy bibliotece Muzeum Oświaty Polskiej. Takie muzeum istniało, co prawda przy Związku Nauczycielstwa Polskiego. Chyba mieli siedzibę na Jezuickiej.
Były tam jakieś dwie starsze panie, które czasami zbierały jakieś relacje od nauczycieli, ale to wyglądało dość marnie, jak się z nimi kontaktowałem, ponieważ chyba w 65. rocznicę biblioteki organizowałem wystawę tutaj, jeszcze właśnie na Smyczkowej. Także miałem dość sporo biegania. Pożyczałem różne obiekty z tego, z różnych bibliotek, z różnych tych, z placówek chciałem. W każdym bądź razie taka biblioteka powstała.
Taka wystawa powstała, odbyła się na Smyczkowej. Właśnie mieliśmy własne gabloty, mieliśmy własne eksponaty, również fotografie, również jakieś plany starych budynków. To wszystko, co zostało ściągnięte z Archiwum nawet naszego Zakładowego.
Kasia: A jeszcze pociągnę Cię za język o te Twoje plany, przekształcenia biblioteki pedagogicznej w bibliotekę naukową. Rozmawiałeś o tym z ówczesnym dyrektorem?
Marek: Nawet to przedstawiłem kiedyś na Radzie Pedagogicznej. Normalnie taki projekt, ale nie wzbudził jakiegoś zainteresowania. Może to i dobrze, ponieważ wiesz bibliotek naukowych, nie wiem, jaka byłaby teraz obecnie sytuacja, natomiast biblioteka pedagogiczna w tej formie, która pracuje na rzeczy nauczycieli, wydaje mi się, że to jest właściwy kierunek.
Kasia: Który wydział, praca, w którym wydziale sprawiła Ci najwięcej przyjemności?
Marek: Przyznam się szczerze, że Wydziale Udostępniania wiesz, ze względu na to, że po pierwsze miałem stały kontakt z ludźmi i to było wydaje mi się najciekawsze i najważniejsze. Natomiast dział, pełnienie funkcji kierownika na Wydziale Informacji raczej spowodowało olbrzymi stres u mnie, po prostu dlatego, że nie do końca tutaj byłem w stanie coś, cokolwiek zorganizować, tym bardziej, że był to taki wydział, który realizował bardzo różne zadania, począwszy właśnie od metodycznych, ponieważ w tym momencie nie istniał Wydział Metodyczny, a trzeba było organizować konferencję, w związku z tym spadało to na nas. I zresztą tutaj dzięki pomocy Elki Orlewicz właśnie bardzo, bardzo, bardzo dużo tutaj się działo. Natomiast praca taka spokojna, sympatyczna, a przede wszystkim sympatycznie ludzie.
Kasia: Razem też pracowaliście?
Marek: Ja ci powiem, że to, co mówiłem kiedyś i to zresztą podkreślam wielokrotnie, mówiłem Wam na spotkaniach wcześniej. To był najprzyjemniejszy okres mojej kariery zawodowej, czyli żeby można powiedzieć kariery, bo kariera to się liczy. Wspina się gościu na piętra, jakieś…
Kasia: Karierę można rozumieć różnie.
Marek: Natomiast faktem jest, że w okresie swojej pracy zawodowej, tych 30 kilku lat przyjemnie, wspominałem te 18 lat pracy tutaj.
Kasia: W Bibliotece Bibliologicznej.
Marek: W Bibliotece Bibliologicznej, tak. Przede wszystkim na ze względu na ludzi, no wiesz.
Kasia: Ze względu na ludzi, ale też ze względu na Marcysię, którą się bardzo opiekowałeś. Pamiętamy Marcysię, wszyscy, ale opowiedzmy o niej słuchaczom i słuchaczkom, bo oni nie wiedzą o kim mówimy.
Marek: Tak, Marcysia to już jest historia. Pojawił się kiedyś, było to chyba w 2002 albo 2003 roku, był to listopad.
W pewnym momencie, ja jeszcze wtedy paliłem papierosy i wychodziliśmy z Elą Orlewicz właśnie na rampę i przyplątało się coś takiego małego, bo z takim tym było, zaczęło być zimno, zaczął padać śnieg, w ogóle, to było dziwne właśnie na tą porę, bo rano było dość ciepło. Przyplątało się coś takiego małego. Chcieliśmy to wnieść do biblioteki, ale nie pozwoliła się wnieść. Nie wtedy nie wiedzieliśmy, że to jest Marcysia i jeszcze kotka.
Było coś takiego małego. Elka pobiegła do sklepu, tam przyniosła mu pudło jakieś, które mogliśmy zorganizować taką prowizoryczną budę. Jakiś czas później przyniosła, załatwiła taką budę dla królika chyba, bo to była na nóżkach, już obłożyliśmy tą budę, daliśmy jej kocyki, zrobiliśmy podejście, żeby mogła nam włazić. Zasłoniło się otwór drzwiowy taką tkaniną, żeby mogła sobie wchodzić i wychodzić bez konieczności otwierania drzwi.
No i została u nas praktycznie rzecz biorąc.
Kasia: Ja też pamiętam Marcysię…
Marek: 10 lat była faktycznie rzecz biorąc. Fakt, że na Smyczkowej było tyle dobrze, że ona mieszkała na rampie. To była rampa ta ładunkowa, bo to był budynek dawnej gospodarczy, jakiś prawdopodobny. I była rampa załadunkowa, ona tam miała swój… swój domek, ale miała zaraz za płotem, było siedziba chyba jakiejś wytwórni filmów dokumentalnych, w bądź każdym razie jakiejś instytucji filmowej i tam był duży park.
Kasia: Pamiętam.
Marek: Był duży park i ona tam spokojnie sobie wyłaziła, wracała, dostawała jeść. Jak mieszkała u nas chyba z 10 lat, zanim zginęła, jak wyjeżdżaliśmy na urlopy była i zawsze instrukcja obsługi…
Kasia: Obsługi Marcysi, tak obsługi kota.
Marek: Obsługi Marcysi, tak obsługi kota.
Kasia: I ten pamiętny fundusz.
Marek: A i był przy okazji fundusz, ponieważ liczyliśmy się z tym, że no być może kotek jest miły i zdrowy, ale z kotami nigdy nic nie wiadomo, coś może się zdarzyć. W związku z tym założyłem dla Marcysi, która to jest akurat już tylko moja zasługa, założyłem dla niej fundusz.
Kasia: Fundusz imienia Marcysi.
Marek: Fundusz imienia Marcysi, który jest, z funduszą Marcysi, korzystaliśmy to tak dość namiętnie
Kasia (śmiech)
Marek (śmiech): Co prawda Marcysia chyba najmniej z tego funduszu korzystała.
Kasia: Myślę, że korzystała, ale my też korzystaliśmy.
Marek: Ale to były czasy, kiedy kary płacono gotówką.
Kasia: Tak.
Marek: W związku z tym, jak ktoś przychodził
Kasia (w tle)do rozmieniania pieniędzy…
Marek: i załóżmy, przynosił do funduszu Marcysi, odkładaliśmy, odkładałem zazwyczaj jakieś 10, 20 złotych, takie jakieś banknociki, takie niewielkie wartości, które na budżecie domowym się nie odbijały w żaden zasadniczy sposób, ale mogły od zbiegiem czasu się tego odkładało i czasami było nawet kilkaset złotych. Czyli zachodziła sytuacja, że trzeba było wydać resztę…
Kasia: Tak
Marek: Jakiemuś biednemu studentowi czy nauczycielowi, który przynosił 100 złotych, a miał zapłacić 30 groszy kary, to trzeba było po prostu biec do tego funduszu.
Kasia: Ratowaliśmy się wówczas z funduszem Marcysii, oczywiście za pełną zgodą Marka.
Marek: Zazwyczaj nie mojej, tylko Marcysi.
Kasia (śmiech): Marcysii, oczywiście, że Marcysii, no przecież…
Marek: Ja się nie miałem nic do powiedzenia.
Kasia: Ale byłeś założycielem.
Marek: Tak, ale nie byłem nadzorcą.
Kasia: Nie, Marcysia.
Marek: Marcysia była
Kasia: Myślę, że Marcysia nie miała być przeciwko temu.
Marek: Nie wiem, czy nie, chyba nie miała nic na przeciwko.
Zresztą później fundusz wykorzystaliśmy raz do innego kota, który się pojawił. Być może był to synek Marcysi. Nazywaliśmy go Filipem. Też przez jakiś czas przychodził do nas. W pewnym momencie zaczął chorować. Złapaliśmy go, zanieśliśmy do weterynarza. Uciekł nam oczywiście podczas drogi powrotnej, ale pojawił się później. I też zniknął mniej więcej w tym samym czasie, co Marcysia nie wiadomo, co się z nim stało. Ale to koty, że się tak wyrażę, podwórzowe tak mają.
Kasia: Marek, słuchajcie, jest kociarzem i mam wrażenie, że temat Marcysi i kotów zdominował nasz podcast, ale ja bym chciała wrócić jednak do pracy. Wspominałeś lada, Wydział udostępniania zbiorów, najwięcej frajdy, które konkretnie obowiązki? Czy to była taka sensu stricte obsługa czytelników, czy wystawy, czy coś, co nie było?
Marek: Nie, ten sensu stricte wystawy się dość szybko skończyły praktycznie rzecz biorąc.
Zresztą wiele, wiele takiej możliwości tam nie było, bo wkrótce później gabloty zniknęły. Została tylko praktycznie, robiąc jedna gablota na słupie, mieliśmy taki słup na środku holu i tam było obłożone gablotami. Tam się wstawiało jakieś książki, najczęściej właśnie nowości.
Teraz to wy macie tutaj półkę takiej, wtedy się wystawiało, także nie było do nich takiego dostępu łatwego. Ale najczęściej to była obsługa czytelnika, czyli krótką mówiąc czasami były również, kiedyś pamiętam jeszcze z obecną Panią dyrektor, pojechaliśmy jeszcze w czasach wcześniejszych, pojechaliśmy na jakąś wystawę, konferencję metodyczną bibliotekarzy do Łodzi. Brałem udział w tych konferencjach metodycznych w Warszawie organizowanych chyba przez, niekoniecznie przez nas, ale w Bibliotece Narodowej się odbywały także.
Także wiesz tam najciekaw…, najprzyjemniejszym okresem była praca, praca jednak…
Kasia: Marku, teraz ci nikt głowy za to nie urwie i nie poniesiesz żadnych konsekwencji. Przyznaj się, czego nie lubiłeś robić w pracy? Oczywiście, jeżeli zechcesz się przyznać.
Marek: Ci powiem, tak jakbym się przeszło, żebyś mi zadała, to pytania musiałbym się dość poważnie zastanowić, ale tak w pierwszym odruchu powiem ci, że nie było takich rzeczy, którą nie lubiłbym, której bym nie lubił. To znaczy na pewno w okresie awansu nauczycielskiego nie lubiłem prowadzić lekcji. To jest ewidentnie.
Kasia: Czyli lekcje biblioteczne.
Marek: Lekcje biblioteczne, to było w tym momencie w ramach obowiązków, w ramach poszczególnych…
Kasia: Punktów
Marek: Punktów do awansu, przynajmniej do nauczyciela mianowanego musiałem robić te ruchy, jak już byłem mianowanym to już nie musiałem, ale do tego autentycznie nie lubiłem. To znaczy, ja zawsze nie lubię wystąpień publicznych. To jest moja być, może pięta, Achillesowa, jeżeli ja Achilles miał piętę taką, że nie lubił wykładów udzielać, robić wykładów czy tego. Ja zawsze wolę porozmawiać z wąską grupą ludzi swobodnie. Natomiast taka katedra, występowanie i uczenie kogoś to przyznam się szczerze, że nie jest to w moim, może to jest kwestia doświadczeń z młodości, kiedy tak nie nie za bardzo przepadałem za szkołami, zmieniałem chyba sześć w sumie w swoim, w swojej karierze szkolnej. Z części mnie przenosili, bo była rejonizacji, z części ja się przenosiłem, bo mnie wyrzucano ze szkół także.
Kasia (śmiech): Ja myślę, że to będzie może pomysł na kolejną rozmowę. Dlaczego Marka Kamińskiego, bibliotekarza wyrzucano z kolejnych szkół, w szkole średniej rozumiem, to były szkoły średnie?
Marek: W szkole średniej, bo w podstawówce to miałem rejonizację. Za każdym razem budowali kolejną tysiąclatkę i musiałem… No to miało swoje wady i miało swoje wady, ale to nie, nie, nie jest przedmiot do dyskusji.
Kasia: Marku, jak wygląda twoje życie na emeryturze? Bardzo często nas odwiedzasz, za co bardzo ci dziękuję, bo lubimy mieć z tobą kontakt, ale co robisz poza tym?
Marek: Odwiedzam was dlatego, że was bardzo lubię i dlatego po prostu mówiłem cały czas, że powtarzam po raz kolejny już chyba, nie tylko prywatnie, ale już tym razem na antenie, że najprzyjemniejszym okresem mojego życia, pracy, służbowego była praca w PBW. Co teraz robię? No zajmuję się zasadniczo czterema zagadnieniami, które mnie pasjonują. Pierwsze to jest Gasparow, czyli mój kot, który to rano przybiega do nas.
Kasia: Tak, Gasparow jest słodki.
Marek: Przybiega co rano do mnie i każe się go głaskać po brzuchu i od tego się zaczyna w ogóle mój dzień, później moja żona ukochana, która zawsze się temu przygląda
Kasia: Pozdrawiamy Marka żonę.
Marek: Właśnie w tym roku wybieramy się, mamy 45. rocznicę ślubu, także to jest fakt, że wytrzymała ze mną przez tak długi czas, czyni niemal, że świętą, ale może było słabe, ale nie koniecznie świętą. No i dwie moje kolekcje, to znaczy jedną z taką starą kolek… kolek… kolekcję obrazków dewocyjnych, którą zacząłem zbierać już, będąc chyba w szkole… od średniej, najpóźniej, chyba miałem 16-17 lat, kiedy zacząłem ją zbierać, tworzyć. Początkowo oczywiście w bardzo ograniczony sposób, teraz później bardzo bardziej więcej. I teraz ostatnio nam się wspólna kolekcja z moją żoną, to jest kolekcja kropielniczek.
Kupowaliśmy w pudłokwariatach, to jest taki… na targowisku, na targowisku nazwijmy, nie powiem starocin. Przyjeżdżał gość, wywalał pudła. W tych pudłach były różne śmieci i tam znajdowaliśmy różne właśnie ciekawostki, między innymi właśnie kropielniczki i uznaliśmy, one były w różnych stanach zachowania, uznaliśmy żoną, że warto jednak mimo wszystko zachować dla potomności i zaczęliśmy je wyciągać. Były groszowe, to były groszowe historie, także ten… Ciekawe obiekty ze względu zarówno na tematykę, ze względu na materiały, jak i robione wykonanie po prostu. Natomiast w Polsce literatury na ten temat nie ma, w związku z tym, jest to tym bardziej jeszcze ciekawe. Także ja nawet ściągnę, ściągam teraz książki z Włoch na temat, czy z Włoch i Francji na temat właśnie kropielniczek.
Kasia: Niewykluczone, że może w bibliotece zrobimy wystawę waszych kropielniczek, twoich i twojej żony.
Marek: To nie akurat nie podlega pod zamiłowania biblioteczne, natomiast…
Kasia: Obrazki.
Marek: Obrazki w wielu bibliotekach są zbierane. Piękną wystawę zorganizowała kiedyś biblioteka Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Zorganizowała wystawę również chyba biblioteka pedagogiczna, nie wiem czy w Radomiu, czy w Rzeszowie, gdzieś mają. Biblioteka miejska też tam posiada zbiory, posiada te zbiory również. W bibliotekach są to dokumenty życia codziennego, de-żet-esy. Życia społecznego to się tak nazywa. I biblioteki to zbierają.
Teraz może nawet częściej, bo przez długi okres czasu było to traktowane po macoszemu. Natomiast obok tej strony wizualnej tego obrazka samo jako takiego jest zawsze jeszcze druga strona, która informuje załóżmy o jakichś wydarzeniach najczęściej religijnych oczywiście, czy tam komunii świętej ludzi. Nawet dziś zetknąłem się z taką nie tyle reklamą, co takim ogłoszeniem, że zbieram wszystkie rzeczy związane z komunią pierwszą. Przyznam się, że co najmniej około tysiąca egzemplarzy w mojej kolekcji to jest właśnie te obrazki komunijne. To ciekawe by było wymaga analizy, zamierzam się tym zająć. Trochę teraz mam taką szamotaninę właśnie między kropielniczkami a obrazkami, ale to jakoś sobie dam radę.
Kasia: Jeszcze jest jedna pasja i są nią podróże.
Marek: No podróże też, zgadza się. Teraz byłem na Sri Lance, dawniej mówią Ceylonie. Ponoć w ubiegłym roku określono ją jako najpiękniejszą wyspę, najpiękniejszą na wakacje. Przyznam się, że nie miałem aż takich dobrych wrażeń, może dlatego, że nie mieliśmy, byliśmy w grupą rodzinną, nazwijmy to w ten sposób. Niekoniecznie niekoniecznie zwiedzaliśmy najpiękniejsze i niekoniecznie te fragmenty, które są rozreklamowane najbardziej. Trzymaliśmy się bliżej. Zwiedziliśmy Sigirię, co prawda niestety w ulewnym deszczu, w związku z tym wspinanie się na 8000 schodów na górę, bo tam się wchodzi z wąskimi schodami, bo na górę w lejącym deszczu to nie stanowiło jakieś frajdy, no ale mogę powiedzieć, że zaliczyłem.
Kasia: Marku, czy jesteś w stanie przypomnieć sobie jakąś anegdotkę z pracy z biblioteki?
Marek: No więc to ci powiem, no staraliśmy się, że się tak wyrażę zachować dobry humor i to właśnie zalecałem ten dobry humor na co dzień żartować między sobą, czy jak były jakieś wydarzenia, które można by było nazwać anegdotą, trudno nie jestem w stanie sobie w tym momencie przypomnieć, przykro mi, ale jeżeli nawet coś było przyjemnego, to w tej przyjemności codziennego dnia, jak autentyczny odczuwałem.
Kasia: Taka chwilka.
Marek: Nie utkwiła mi w pamięci taka chwila, żeby żeby mów, wiesz, ci to zabawić czytelnika, bo tu słuchacza, przepraszam o to przecież tu wychodziło, także przykro mi, przykro mi Kasia.
Kasia: Wybaczam, Marku, ale będę taka łaskawa dla ciebie, Mareczku, wszystko. Czego chciałbyś życzyć naszej bibliotece na osiemdziesięciolecie ?
Marek: Po pierwsze nie wszystko, tylko prawie, bo to wiesz…
Kasia: Prawie wszystko, prawie wszystko, tak. Mareczku.
Marek (śmiech): Ja dla ciebie też prawie wszystko.
Kasia: To czego chciałbyś życzyć na nasze osiemdziesiąte urodziny? Nie nasze, tylko oczywiście biblioteki.
Marek: Po pierwsze ja pamiętam czasy, kiedy miałem kolejkę od lady do drzwi wejściowych biblioteki.
Kasia: Też pamiętam takie czasy.
Marek: A to było czasami z 15 metrów z kilkanaście metrów było. Tłum stał dziki, ale to były czasy, kiedy katalogi były kartkowe w związku z tym inaczej, trochę ta obsługa. Życzę w każdym momencie Wam mnóstwa czytelników, mnóstwo do dobrych ciekawych książek, ja zresztą pamiętam, korzystałem z tej biblioteki jeszcze w czasach studenckich. Między innymi właśnie korzystałem z wielu pozycji historycznych i zawsze uważałem, że w kręgu bibliotek humanistycznych w Warszawie jest to jedna z najlepszych bibliotek. I życzę nadal, żeby takie zdanie o was było.
Kasia: Marku, a ja ci życzę dużo zdrowia.
Marek: A to wiesz, ja dziękuję, bo już mam, ale przepraszam.
Kasia: Dużo zdrowia, dużo siły do realizacji swoich pasji i realizacji marzeń. Odwiedzaj nas tak często, jak tylko możesz. Dbaj o siebie i mam nadzieję, że jeszcze będzie nam może dany nagrać jakiś podcast.
Marek: No może, może sobie sobie przypomnę wiesz, jak się usiądę…
Kasia (śmiech): O anegdotach.
Marek: Zacznę grzebać w pamięci, szukać anegdot to może coś znajdę, wiesz, bo tak na poczekaniu to…
Kasia: Rozumiem.
Marek: Wiesz, to naprawdę trudno.
Życie było bardzo miłe, bardzo sympatyczne, ale żeby były takie jakieś, wiesz, wydarzenia szokujące nazwijmy to w ten sposób, nawet w pozytywnym tego słowa znaczeniu to przykro mi, ale niestety moja pamięć niestety tak daleko nie sięga.
Kasia: Moja też, więc się nie przejmuj. Bardzo ci dziękuję za rozmowę.
Marek: Ja nie miałem, że coś mi podrzucisz, ale tu figa z makiem (śmiech)
Kasia (śmiech): Figa z makiem. Dziękuję za rozmowę, Marku.
Marek: Jeszcze raz wszystkiego najlepszego wszystkim koleżankom. Przede wszystkim. Wszystkim koleżankom.
Kasia: Moim i…
Marek: I kolegom też, kolegom też…
Kasia: Waszym gościem pierwszego podcastu jubileuszowego był Marek Kamiński, emerytowany pracownik Biblioteki Pedagogicznej w Warszawie, wieloletni pracownik Wydziału Udostępniania Zbiorów.
Marek: Między innymi (śmiech)
Kasia: Między innymi.

