Jolanta Przybylska | Bibliowywiad na Gocławskiej – transkrypcja

Zapraszamy do wysłuchania podcastu pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej im. Komisji Edukacji Narodowej w Warszawie.

Kasia: Dzień dobry Państwu.

 Z tej strony Kasia Goubiew i Bibliowywiad na Gocławskiej. Kolejny wyjątkowy odcinek, który nagrywam w ramach podcastu jubileuszowego z okazji osiemdziesiątych urodzin naszej Biblioteki Pedagogicznej w Warszawie. I przede mną siedzi Jola Przybylska. Maria Jolanta Przybylska, dobrze?

Jola: Dobrze, dobrze, ale od dziecka używam imienia Jolanta. Dzień dobry Państwu w ogóle.

Kasia: Dzień dobry Jolu, bardzo się cieszę, że przybyłaś do naszej Biblioteki. I takie pytanie na sam początek. Ile lat przepracowałaś w Bibliotece Pedagogicznej? I kolejne: jak wyglądała twoja kariera w tej instytucji? Twoja ścieżka zawodowa?

Jola: Już mówię. W PBW przepracowałam trzydzieści jeden lat, trzydzieści jeden i pół. Zaczęłam pracować drugiego kwietnia. Umowę miałam od pierwszego kwietnia, ale to był lany poniedziałek, więc wiadomo.

Kasia: I Prima  Aprilis (śmiech)

Jola: No tak, no tak (śmiech). I Prima Aprilis. A odeszłam na emeryturę 28 listopada podczas dwa tysiące dwudziestego drugiego roku podczas pandemii, końcówki pandemii.

Kasia: To już ponad cztery lata, kiedy nie pracujesz w Bibliotece?

Jola: Nie, trzy i pół. Nie całe trzy i pół.

Kasia: 22 rok? Teraz mamy… A, w listopadzie. Ok.

Jola: Koniec listopada.

Kasia: Koniec listopada.  

Jola: A drugie pytanie było jaka była moja ścieżka? Więc ja w rok w studiach skończyłam Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji, specjalizację pedagogiczną. Zaczęłam pracować w szkole. Pracowałam rok. Najpierw miałam ukochaną zerówkę. Dzieci do tej pory wspominam. Dzieci są naprawdę takie kochane. Potem dano mi najtrudniejszą klasę w szkole. I uważam, że to był błąd, bo mnie… Jakby  skończyła się moja miłość do nauczycielstwa. Natomiast przypadkowo odkryłam bibliotekarstwo. Moja koleżanka z akademika pracowała w Bibliotece i chwaliła sobie pracę. Więc ja pomyślałam sobie o tym samym. Czyli trafiłam jakby przypadkowo do bibliotekarstwa, ale bibliotekarstwo okazało się miłością na całe życie. Czyli w sumie przepracowałam rok w szkole i 38, ponad 38 lat w bibliotece. Najpierw pracowałam w czytelni naukowej na Majdańskiej.

 To jest na Pradze Południe. Teraz biblioteka mieści się na Miessnera. Wygląda ładniej niż wtedy ta moja na Majdańskiej. Tam się uczyłam bibliotekarstwa. I wkrótce stałam się specjalistką od uniwersalnej klasyfikacji dziesiętnej. Przypominam sobie, że w 1988 roku byłam u kolegi w Australii. I on chciał mi pokazać Encyklopedię Britannica i chwalił, że to wydawnictwo ma każdą czcionkę. Że nie będzie tam Jozef Pilsudski, tylko będzie Józef Piłsudski, będzie o z kreską, będzie ł. I jadąc gdzieś trafiliśmy do biblioteki. W Australii, w małych miasteczkach, to zazwyczaj biblioteka połączona jest z takim powiedzielibyśmy powiatowym… starostwo byśmy po polsku powiedzieli, czy jakiś urząd gminny. I obok zawsze jest biblioteka. Więc weszliśmy do tej biblioteki. I on jest zdziwiony, bo ja nie znam angielskiego, a on świetnie, skoro tam pracował od wielu lat. I ja mu wskazałam drogę, gdzie mamy szukać encyklopedii. Oczywiście Australijczycy mieli klasyfikację Devey’a, która jest jakby matką uniwersalnej, klasyfikacji dziesiętnej. Więc to, czego on nie widział, to ja widziałam, wysoko, tam napisy, zero, zero i kolejne cyfry. I był zaskoczony, że ja to wiem, ale to jest międzynarodowy język informacyjno-wyszukiwawczy.

Kasia: To teraz Jolu, chciałabym cię zapytać konkretnie o pracę bibliotece pedagogicznej, ponieważ jeżeli chodzi o naszą placówkę, to mówiąc kolokwialnie z tego, co pamiętam, zaliczyłaś 3 lokalizacje. Pierwsza to była filia, mokotowska filia przy ulicy Odyńca. Kolejne twoje miejsce pracy to była wówczas siedziba główna przy ulicy Smyczkowej. No i ostatnie lata pracy tutaj przy ulicy Gocławskiej. Zgadza się?

Jola: Jak najbardziej. Także jak na początku mówiłam, od 2 kwietnia rozpoczęłam pracę.  Szefową na Odyńca 57 była pani Barbara Dziubińska. Do tej pory mam z nią kontakt, dzwonimy do siebie od czasu do czasu. Pracowałam też z Mariolą Pryzwan, prywatnie Misia i tak się do niej zwracamy, z Marzeną Jagiełło, która przeszła na emeryturę no pół roku wcześniej, przede mną. Też mamy ze sobą kontakt. Praca w bibliotece była bardzo przyjemna. To była mała placówka, jeszcze nie skomputeryzowana.

Kasia: Mówimy o placówce…

Jola: Przy Odyńca. Na Mokotowie. I tam pracowałam do 2005 roku. Czytelnicy nas po prostu uwielbiali. Starałyśmy się o to, żeby książki były i kupowane, gdzie się tylko dało. Zdarzało się, że powiedzmy czytelniczka jakaś zaprzyjaźniona była w Gdańsku i kupowała książkę, której nie można było dostać w Warszawie. Pamiętam też, że na niektóre książki się czekało i była kolejka. I my potem dzwoniliśmy do czytelników, mówiąc, że już może odebrać tę książkę. Mieliśmy różnych czytelników, ale generalnie czytelnik trudny czy dziwny trafia się może raz na rok, a w większości są to mili ludzie na poziomie i takie kontakty bardzo sobie ceniłam. W placówce na Odyńca każda z nas miała dyżury. Dwa ranne, dwa popołudniowe i jeden sobotni. Wtedy dużo osób przychodziło do czytelni, do biblioteki. Pamiętam taki jeden sobotni dyżur, kiedy w ciągu tych kilku godzin Biblioteka była otwarta dla czytelników od 9 do 14, obsłużyłam 59 osób.

Kasia: Sama jedna?

Jola: Sama jedna. Także czytelnicy wiedzieli, że tu są książki, że w innych bibliotekach mogło nie być, a u nas były i bardzo ceniły atmosferę.

Kasia: I myślę też, twoja osoba jako taki kompetentny pracownik, który udzieli rzetelnej, fachowej informacji też miało znaczenie, prawda?

Jola: Myślę, że tak. Tutaj też zaczęłam się i byłam tą specjalistką od uniwersalnej klasyfikacji dziesiętnej, od wyszukiwania książek. I a propos wyszukiwania książek, to przypominam sobie, że czasem przychodziły matki, które wypożyczały książki dla dzieci studiujących, ale przypominam sobie też bardzo miły przypadek, kiedy czasem dzieci przychodziły po książki dla matek studiujących. Pamiętam takiego dziesięcioletniego chłopca, któremu oczywiście na początku pomagaliśmy, pomagałyśmy, bo to same kobiety pracowały, ale później on się nauczył wyszukiwać i był lepszy w tym od niektórych dzisiejszych studentów. Także to było rzeczywiście coś dobrego, miłego, ciekawego pomagać ludziom w dostępie do wiedzy.

Kasia: To były chyba jeszcze takie czasy, kiedy można było niepełnoletnim wypożyczać książki lub ta,  ten chłopiec konkretny mógł odbierać książki za mamę, czy zwracać książki, bo teraz wiem, że dzieci, że osoby niepełnoletnie, na pewno dziesięciolatek nie wypożyczyłby u nas książki, nie założyłby karty. A wtedy była taka możliwość tak, jak pracowałaś na Odyńca?

Jola:  Kartę miała mama.

Kasia:  Kartę miała mama, mama była czytelniczką?

Jola: On miał upoważnienie.

Kasia: Aha, ok, rozumiem, rozumiem. Jolu, a tutaj już Smyczkowa,  Gocławska to Wydział Opracowania czy coś jeszcze? I ta słynna specjalizacja z UKD.

Jola: Jeśli chodzi o Odyńca,  to tam robiłyśmy wszystko.

Kasia:  Tak, tak.

Jola: Ale też miałyśmy, czyli wszystkie dziewczyny miały dyżury, ale też każda miała swoją działkę. Ja zajmowałam się klasyfikacją książek. Marzenka zajmowała się bibliografią artykułów z czasopism.

Kasia: Misia?

Jola: Misia katalogowaniem formalnym. Pani Basia nadzorowała to wszystko. Razem chodziłyśmy na Targi Książki i bardzo mile to wspominam. A na Smyczkowej to już większa, czyli ta centralna, jak my mówiliśmy, centralna biblioteka. I tam przyjęła mnie Agata Kyzioł z otwartymi ramionami, bo potrzebowała specjalisty od uniwersalnej klasyfikacji dziesiętnej. Czyli się ucieszyła, że wreszcie będzie miała kogoś takiego. Uniwersalną klasyfikację dziesiętną stosowaliśmy do 2007 roku. Później był taki okres, że opracowywałyśmy w dwóch językach informacyjno-wychowa… Przepraszam, informacyjno-wyszukiwawczym. Drugi to był Język Haseł Przedmiotowych Biblioteki Narodowej, chyba od 2003 roku. A później jeszcze doszedł, zmieniono język na Deskryptory Biblioteki Narodowej. Wcześniej przeszliśmy, zrezygnowaliśmy z uniwersalnej klasyfikacji dziesiętnej. Czyli tam na Smyczkowej pracowałam w Wydziale Opracowania i to był główny obowiązek, ale od czasu do czasu mieliśmy dyżury w Informatorium.

Kasia: Tak pamiętam te dyżury.

Jola: To jeszcze czasy przedkomputerowe, a później już nie było tych dyżurów w Informatorium, ale miałam dyżury w czytelni. I też bardzo je lubiłam, bo oprócz książek, ja bardzo lubię spokój, ale lubię też kontakty z czytelnikami i też to były miłe kontakty.

Czasem zdarzało się, że na takich samotnych dyżurach, bo jedna osoba dyżurowała, pojawiali się czytelnicy, którzy trochę traktowali bibliotekarkę, jak konfesjonał i czasami więcej, wiedziałam o życiu prywatnym niektórych czytelniczek niż powiedzmy kogoś z rodziny. Ludzie mieli duże, duże zaufanie do bibliotekarki i lubili się dzielić.

 A to była matka, która miała syna, narkomana. A to dziewczyna, która miała jakieś kłopoty z chłopakiem. Także to były takie ciepłe, miłe kontakty. Oprócz tego, że był to kontakt zawodowy i pomagałam w dostępie do wiedzy, do odnalezienia pewnych zagadnień, to także był to taki ciepły, prywatny kontakt człowieka z człowiekiem.

Kasia: Jola, a teraz z takim przeszło do głowy takie pytanie. Czy wiedza, którą zdobyłaś na studiach pedagogika resocjalizacyjna, zgadza się?

Jola: Dokładnie się to IPSI i nazywało, ale tak.

Kasia: Czy ona ci się przydała kiedyś w pracy bibliotece?

Jola: Oczywiście

Kasia: To opowiedz coś o tym

Jola: Oczywiście, oczywiście, bardzo się przydaje. Dlatego ucieszyłam się, kiedy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego, jak Pedagogiczna Biblioteka Wojewódzka. W dawnych czasach, każda, czy prawie każda dzielnica w Warszawie miała swoją. Ja trafiłam na Mokotów, bo tam mam swoje mieszkanie od 1990 roku. Cieszyłam się też, że mam blisko domu. To się czasem ośmiesza, że praca blisko domu jeszcze miła, sympatyczna. Ale myślę, że łączyła u mnie, łączyły się profesjonalizm i taka wygoda życia, bo jeśli ktoś dojeżdża półtorej godziny do pracy, to on już może być zmęczony przed rozpoczęciem pracy. A jak się ma blisko, to człowiek jest pełen życia i energii i zawsze może wstać trochę później. Dla mnie najgorszą rzeczą w mojej pracy, kiedy zaczęłam pracować na Gocławskiej i dojazd trwał prawie godzinę, jakieś 57 minut. To było to ranne wstawanie. Wywalczyłam tylko godzinę 8.30, a nie 8.00. Nie udało się 9. Ale później do tego się przyzwyczaiłam. Czyli to dla mnie było mało, mało ciekawe, że lubiłam, kiedy nas, na Odyńca miałyśmy dwie zmiany. I to raz można się było wyspać, raz wstać rano, raz pójść po pracy do kina, a raz rano w domu coś zrobić. Nie wiem, jakieś pranie, zwłaszcza wełniane swetry. Rano ma się więcej siły. (śmiech).  Natomiast po południu człowiek jest bardziej intelektualny.

Kasia: To powiem Ci Jolu, że tym bardziej jestem ci wdzięczna, że wstałaś jednak rano. Bo my, Szanowni Państwo, ten odcinek nagrywamy wyjątkowo rano, bo później Jola jest zajęta i musiała dzisiaj bardzo wcześnie wstać, żeby przyjechać do nas na Gocławską, mimo że już od wielu lat, od kilku lat, od kiedy jesteś na emeryturze nie musisz tak wcześniej wstać. Tak więc tym bardziej to doceniam.

Jola: A bardzo dziękuję.

Kasia: Myślę, że nasi słuchacze i nasze słuchaczki również będą to doceniać. Jola, a który okres twojej aktywności zawodowej, jeżeli chodzi o pracę w bibliotece pedagogicznej, wspominasz najlepiej?

Jola: Ja siostrzeńcowi odpowiedziałam na takie pytanie, że od skończenia 35 roku życia, kiedy wszystko mi się dobrze poukładało, ale czy który…

Kasia: Możesz teraz powiedzieć śmiało, już jesteś na emeryturze.

Jola: Nie, nie, nie, ja po prostu… dla mnie każdy był jakoś tam dobry i miał…

Kasia: Swoje plusy.

Jola: Swoje plusy. Tak, w czasie bardzo ciepło wspominam Odyńca. Do Smyczkowej musiałam się jakoś przyzwyczaić, bo na początku mówiono, że to jest gniazdo os, ale później przychodziły nowe osoby, które mówią, że właśnie na Smyczkowej było bardzo fajnie.

Kasia: A skąd to określenie gniazdo os?

Jola:  A to jeszcze chyba przed twoimi czasami, w którym roku ty przeszłaś? Po studiach?

Kasia: W 2007.

Jola: 2007.

Kasia: Tak

Jola: No to ja w 2005 zaczęłam pracować.

Kasia: To już osy się zagnieździły przez dwa lata. (śmiech)

Jola (śmiech): To raczej odwrotnie.

Kasia (śmiech): Rozwinęły skrzydła i żądła.

Jola: Nie, nie, nie, nie. Ty wspominasz to lepiej, więc raczej tamten okres przeszedł do przeszłości.

Kasia: Aha, bo… Bo ja nie słyszałam tego określenia i dlatego zapytałam.

Jola: A było coś takiego.

Kasia: Jolu, ja bardzo, zawsze bardzo lubiłam z tobą rozmawiać, bo ty masz świetne poczucie humoru i ogromny dystans do siebie. Pamiętam, że nawet w czasie takich ważnych spotkań, jak rady pedagogiczne, ty potrafiłaś rozładować atmosferę, wprowadzając element humorystyczny, komiczny, rozśmieszając całą salę. Czy zapadła ci w pamięci jakaś anegdotka?Może… Związana z pracą, może niekoniecznie jakaś sytuacja, dzięki której rozśmieszyłaś całą salę, ale może w jakiejś prywatnej rozmowie ze mną, albo z kimś innym. Pamiętasz coś takiego? Albo z czytelnikiem?

Jola: Wiesz co, ja wiem, że ja rozśmieszałam, ale to była jakaś jakiś…

Kasia: Impuls

Jola: Jakaś reakcja na… na to, co mówili inni. I rzeczywiście wtedy był aplauz z sali, ale z drugiej strony narzekano, że przez moją dygresję wydłuża się czas konferencji, czy zebrania (śmiech) Także… Także reakcje…

Kasia: Ja tego nie słyszałam.

Jola: Reakcje były różne. Natomiast przypominam sobie sytuację, kiedy ktoś mnie rozśmieszył, a mianowicie Marzena Jagiełło.

Kasia: Pozdrawiamy Cię Marzenka, będziecie bardzo gorąco, jeżeli będziesz kiedyś to słyszała, to słuchała.

Jola: Zaproszę ją do siebie.

Kasia: Tak, a ja może też ją zaproszę na nagranie, nie wiem czy się zgodzi, ale bardzo bym chciała. Przepraszam, że ci przerwałam, możesz kontynuować. O co chodzi z Marzeną? Kiedy cię rozśmieszyła?

Jola: Jak mówiłam na początku, że było mało książek, że były kolejki. I my miałyśmy dzwonić, wkładane były karteczki takie rewersy, były telefony i dzwoniliśmy, że tam jest telefon do takiej czy do innej osoby. I dzwonię kiedyś do kogoś i Marzena podchodzi do mnie.

Ten ktoś nie był przy telefonie tylko, nie wiem, syn miał przywołać mamę i wtedy podeszła Marzenka i zaczęła mi coś tam gdzieś „Panna Andzia ma wychodne” i coś mi tak rozśmieszać. Słuchajcie, że ja odłożyłam tę słuchawkę, bo nie byłam w stanie kontynuować tej rozmowy. I jeszcze pamiętam inne, to też z Odyńca inną anegdotkę. Pani Basia, czyli nasza szefowa pani Barbara Dziubińska dzwoni też w tym samym celu i odbiera jakieś dziecko. I dziecko mówi tak, pani Basia to słyszy „Mama, jakaś baba do ciebie, jakaś baba z biblioteki”. Dobrze, przyszła mama do telefonu i pani Basia elegancko „Dzień dobry tu mówi baba z biblioteki”, także było zabawnie.

Kasia: Łyczek wody, tak, należy się.

Jola: Przyszła mi do głowy jeszcze jedna anegdotka.

Kasia: Słuchamy.

Jola: Przyszła pani z dzieckiem z przedszkola, taki czterolatek.

Kasia: To też na Odyńca.

Jola: Też na Odyńca. I chłopczyk jest zdenerwowany, zmęczony a mieliśmy taki regał na bardzo wysokich, regał, katalog na bardzo wysokich nogach. Chłopczyk wszedł pod ten katalog i mówi „Głupie panie są, głupie panie są”. Pani, mama tego chłopca natychmiast zrobiła się czerwona jak burak. Ja po raz pierwszy zobaczyłam

Kasia: Takie rumieńce.

Jola: Takie rumieńce, że taka sytuacja ma miejsce, ale to natychmiast. Zaczęła nas przepraszać, że on jest zmęczony. My oczywiście wcale się nie obraziłyśmy tylko przez parę lat wracałyśmy do tego mówiąc „Głupia pani jest, głupia pani z biblioteki”. Później się z tym chłopcem zaprzyjaźniłyśmy. On często do nas przychodził, karmiłyśmy go ciastkami, polubił nas i już nie mówił, że jesteśmy głupie pani z biblioteki, ale zauważcie że to dziecko nie mówiło „baba z biblioteki”, tylko „pani z biblioteki”.

Kasia: Nieważne, że głupia później zmienił zdanie, ale pani.

Jola: Ale z pełną kulturą pani z biblioteki.

Kasia: Tak.

Jola: Tak, zwłaszcza na Odyńca, kiedy było dużo kontaktu z czytelnikami.

Kasia: Tak, też mi teraz przyszło do głodu, że kontakt z czytelnikami generuje różne śmieszne sytuacje.

Jola: A jeszcze po latach jakaś pani ekonomistka, czytelniczka nasza powiedziała, że do pani to się przychodziło z rozkoszą. Z rozkoszą.

Kasia: To chyba najlepszy komplement, jaki można usłyszeć od czytelniczek i czytelników, prawda?

Jola: To był bardzo bardzo miły.

Kasia: Jolu, bardzo ci dziękuję za rozmowę. Naprawdę tak, będziemy kończyć, ale chciałabym jeszcze zadać jedno pytanie, jedno bardzo ważne pytanie, ponieważ nasza placówka w 2026 roku skończy okrągłe 80 lat. Czego chciałabyś życzyć Bibliotece Pedagogicznej w Warszawie na te 80. urodziny?

Jola: No jedno to już macie, czyli miłe pracowniczki i pracowników i kompetentne osoby. To już macie. Życzyłabym czytelników przede wszystkim, bo wiem, że za naszych czasów przedkomputerowych było ich jednak więcej.

Kasia: Przypomnij ile, kiedyś masz czytelników. 50?

Jola: 59 ja sama na sobotnim rannym dyżurze. Ale bywało, że po stu iluś. Z tym, że wtedy pracowały dwie osoby rano i dwie osoby po południu. Także tego życzę. Biblioteka jest piękna piękniejsza niż była nasza na Odyńca. Na Smyczkowe już było lepiej.

Myślę, że tego, żebyście byli pełni, pełni życie.

Kasia: A ja myślę, że musimy się od Ciebie dużo uczyć, żeby zachowywać optymizm i radość życia mimo wszystko. Bardzo Ci, Jolu, dziękuję za rozmowę i dziękuję, że jesteś i odwiedzaj nas częściej

Jola: Odwiedzam i czasem wypożyczam książki, chociaż mam też duży własny księgozbiór chyba z parę tysięcy. (śmiech) Dziękuję ślicznie.

Kasia: Dziękujemy.

Jola: Do usłyszenia.

Kasia: Do usłyszenia.

Polityka cookies i prywatności

Strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celu niezbędnym do prawidłowego działania serwisu, dostosowania strony do indywidualnych preferencji użytkownika oraz statystyk. Wyłączenie zapisywania plików cookies jest możliwe w ustawieniach każdej przeglądarki internetowej, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Jeżeli nie wyrażasz zgody na zapisywanie informacji w plikach cookies należy opuścić stronę.

Zaznacz cookies, które akceptujesz:
Powrót